Jerzy Grzybowski
Spotkania Małżeńskie, Zespół Koordynujący Ogólnopolską Radą Ruchów Katolickich

Zagrożenia i nadzieje  rodziny tak naprawdę to przeplatają się ze sobą,
występują razem w toczącej się duchowej walce dobra i zła.
Gdybyśmy chcieli nazwać tylko wszystkie zagrożenia i nadzieje, to czas przeznaczony na referat okazałby się za krótki.  I gdybym nawet pokusił się o ich wymienianie to każdy z Was mógłby jeszcze dorzucić... Miejsce na szczegółowe nazwanie nadziei i zagrożeń i co z nimi zrobić, będzie w czasie pracy w grupach.
Zdecydowałem się nie robić “wyliczanki” zagrożeń i nadziei   Nie będzie to akademicki wykład, ale próba refleksji nad zagrożeniami i nadziejami  które, być może, są także w nas -tu wśród nas na tej sali. Ufam, że ta refleksja pomoże nam być bardziej solidarnymi z ubogimi, o których wspomniałem.

Pozwólcie, że na początku przeczytam list, który otrzymałem niedawno:
Mam 17 lat. Moi rodzice rozwiedli się 7 lat temu i wiele razy próbowałam na własną rękę przekonać ich, żeby się  zeszli. Bezskutecznie. Czy istnieje w ogóle jakaś szansa na to, aby rozwiedzeni ponownie zaczęli życie w rodzinie po 7 latach? Czy ja osobiście mogłabym im pomóc? Wiem o tym, że oni w sercu jeszcze się  kochają, tylko chcą to ukryć nawet przed "samym sobą (...) Najbardziej zależy mi na tym, żeby moja 11- letnia siostra miała pełną rodzinę. Uprzejmie proszę o możliwie szybką odpowiedź.

Kiedy go przeczytałem, to od razu pomyślałem sobie, że  tym liście zawarte są nadzieje i zagrożenia rodziny na przełomie trzeciego tysiąclecia. Zagrożenia, bo list dotyczy rozwodu i dramatu dziecka pozbawionego pełnej rodziny, a równocześnie zawiera nadzieję, że są ludzie, jest młodzież, której na wartościach rodzinnych zależy,że dzieci chcą mieć rodziców - ojca i mamę - razem.

Ktoś może powiedzieć, że to o czym mówię to margines, że rodzina polska jest wspaniała, zdrowa - słyszałem takie opinie  - że  przerysowuje się jej zagrożenia.

KOMU SIĘ ZDAJE, ŻE STOI NIECH BACZY ABY NIE UPADŁ...
Być może na zewnątrz tak to czasem wygląda. Ale czy tak jest naprawdę? Może nie chcemy tego zauważyć, lepiej zamknąć się we własnej wygodnej wspólnocie, która przynosi pewien psychiczny komfort... Ale z drugiej strony - czy nasze relacje w małżeństwie nie są czasem zbyt fasadowe, na pokaz ?   Na krótka metę czasem tak rzeczywiście trzeba, ale tylko po to, by coś z tym zrobić, by stanąć z miłością  przed samym sobą i Bogiem i wciąż umacniać, odnawiać to co się kruszy. Wciąż umacniać nawet wtedy, gdy się zdaje, że wszystko jest w porządku. To jest ta pielęgnacja małżeństwa. Troska o wzajemny dialog, zrozumienie, przebaczenie. Właśnie po to, żeby się nie kruszyło.
Trzy miesiące temu rozpadło się małżeństwo naszych bliskich przyjaciół. Mieli 20 lat stażu. Mógłbym podawać je za wzór jedności, miłości, pokonywania trudności niewątpliwie odmiennych temperamentów. Oboje byli zaangażowani w Kościele na różnych frontach. Wielu przyjaciół, zresztą my też, przeżyliśmy to jak szok. I wielu patrzyło na siebie samych z lękiem, bo skoro oni, to co my... A ja tylko mogę w tym miejscu powiedzieć za św. Pawłem: Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł.    (1 Kor 10, 12-13). To się odnosi do każdego z nas...

Ale z drugiej strony właśnie to, że pomimo napięć, pomimo lęków, niezrozumień i konfliktów, ludzkich słabości, trwamy, chcemy trwać  i chcemy dawać świadectwo, że to trwanie, to jest właśnie miłość, ta do której uzdalnia nas Bóg, była i jest wielką nadzieją małżeństwa i rodziny.

BŁOGOSŁAWIENI
Zagrożenia i  nadzieje to oczywiście  nie tylko kwestia bezpośredniej więzi małżeńskiej. Rośnie liczba małżeństw bezdzietnych. To jest najczęściej niezawinione zło, niezawinione zagrożenie, jakie ich dotyka. Jest wielką nadzieją rodziny, że tak wiele małżeństw poszukuje wyjścia z tej sytuacji bądź przez adopcję dziecka, bądź też innego rodzaju pracę, zaangażowanie na rzecz innych małżeństw i rodzin. Chcę w tym miejscu przytoczyć wypowiedź jednego z małżeństw animatorów, z którym w   prowadziliśmy rekolekcje. Jest to małżeństwo, które nie może mieć dzieci biologicznie własnych.   Zaadoptowali dwoje dzieci i myślą o założeniu przedszkola. Otóż w jednej ze swoich refleksji w sposób zupełnie naturalny, zwracając się do innych małżeństw obecnych na tych rekolekcjach powiedzieli “Błogosławieni, którzy chcą mieć dzieci”. Podkreśliliśmy później im i uczestnikom “Jesteście błogosławieni poprzez przyjęcie łaski, którą jest Boża propozycja zaadoptowania dziecka”.
Ale błogosławieni są także wszyscy inni, którzy nie mogą mieć dzieci, i co prawda nie decydują się na adopcję, ale swój czas, swoje siły i swoje życie poświęcają na rzecz innych małżeństw i rodzin. Przyjmują inne Boże łaski, oddają swoje życie za przyjaciół swoich, czynią sobie ziemie poddaną i są duchowo płodni. Oni   są wielką nadzieją rodziny.
A “jeszcze bardziej błogosławieni”są ci wszyscy, którzy mając trójkę, czy czwórkę dzieci i angażują się na rzecz innych razem z innymi, pomimo obciążeń domowych, zawodowych.

Podkreślam: razem z innymi. Bo nie jesteśmy działaczami filantropijnymi, ale w naszych wspólnotach braćmi i siostrami i wspieramy się nawzajem. Także ci, którzy przeżywają wielorakie trudności też  nas wspierają i od nich się uczymy. Chociażby tego, żeby nie upaść. To jest wielka nadzieja rodziny, ze robimy coś razem z innymi, a nie dla innych.

Nadzieją rodziny jest każdy gest, każdy krok w kierunku umocnienia rodziny własnej i innych rodzin, każde zauważenie jakiejś rysy lub pęknięcia więzi małżeńskiej i próba jej naprawienia. Każde zauważenie kryzysu rodzinnego wśród innych i pospieszenie z pomocą. Każda odpowiedź na różnorodne cierpienia psychiczne i duchowe innych rodzin jest taka nadzieją. Przede wszystkim wysłuchanie, akceptacja osoby, wspólne  pochylenie się nad trudnym problemem. Raczej nie doradzanie, a jeżeli już to bardzo ostrozne, bo nie znamy do końca uwarunkowań, konkretne deczyzje muszą być podjete samodzielnie przez każdego, ale przy ich podejmowaniu potrzebna jest zyczliwa pomoc, obecność, “bycie przy”psychiczne, duchowe wsparcie.  Towarzyszenie. To właśnie jest solidarność w służbie ubogim!

ZAGROŻENI KONSUMIZMEM
Tempo życia,  przemiany cywilizacyjne, powodują, że jest nam bardzo trudno odnaleźć się w rzeczywistości, w której żyjemy. Miłość, potrzeba kochania i bycia kochanym, podstawowa potrzeba człowieka od wejścia w okres dojrzewania, ujawnia się we wszystkich ludziach, a jednak tempo życia, brak pozytywnych wzorców otoczenia powoduje, ze głód miłości, potęgowany nieraz brakiem wzorców we własnej rodzinie, zaspokajany jest namiastką. Szybko, zaraz. Ja chcę, potrzebuje Ciebie.

Używam drugiego człowieka do zaspokojenia własnego głodu miłości. Do zaspokojenia mojego lęku przed samotnością. Lęk i poczucie samotności są jednymi z największych zagrożeń  emocjonalnych rodziny na przełomie tysiącleci. Lęk i samotność powodują ucieczkę. Od drugiego człowieka, od poczucia odpowiedzialności. Wypełnianie potrzeb namiastkami nie wypełnia głodu miłości. Potrzeba nie wypełniona wartością odzywa się znowu. Cierpieniem. Ten znany w psychologii proces przejawia się w życiu rodzinnym kryzysami, odejściami, rozwodami. A u dzieci ucieczkami z domu.
To także przejaw konsumpcyjnego trybu życia, Bo ja chcę mieć. Chcę mieć siebie i chcę mieć drugiego człowieka takiego jakiego chcę, a nie chce z nim być, otworzyć się  na niego. Zrzucam winę na drugiego człowieka, ale konflikt jest we mnie. Zwielokrotniony - przejawia się kryzysem rodziny, wspólnoty, społeczeństwa.

Jest to kryzys relacji w miłości, w ślad za nim idzie desakralizacja życia małżeńskiego i rodzinnego, wzrost ilości rodzin patologicznych, zagrożenie alkoholizmem, słabe, nie w pełni satysfakcjonujące   zainteresowanie rodziną  ze strony Państwa. A czasem wyraźny opór np. w kwestii ulg podatkowych w związku z posiadaniem dzieci.

Ma to swoje źródła w konsumpcyjnym, a nie twórczym stosunku do świata, w szukaniu tego co jest dobre dla mnie a nie dla innych. To wszystko zaś ma swoje korzenie w nie radzeniu sobie z samym sobą.

Ale ten konsumizm jest także niekiedy w naszych wspólnotach.
Traktowanie swojego miejsca w ruchu , wspólnocie, w sposób konsumpcyjny. Na jednym ze spotkań animatorów Spotkań Małżeńskich ktoś  powiedział na temat swojego zaangażowania: Przeszkody są we mnie. Kocham dom, domowe pielesze. Realizuję się w domu, ale... czerpię od ludzi, których spotykam i potrzebne jest większe zaangażowanie z mojej strony. Do tej pory ja czerpała z ruchu, ale za mało dawałam. To znak przewartościowania swojego miejsca w ruchu. Jeszcze jeden znak, że zagrożenia i nadzieje idą w parze...
Wspólnota ma sens jeżeli jest otwarta na innych ludzi. Na tych 96 procent, Polaków, którzy nie maja więzi z żadnym ruchem. Jeżeli wychodzi do nich - nie z powiem “agresywnym” apostołowaniem, ale ze świadectwem swojego życia, to jest to znak czynnej solidarności. Do tego abyśmy mogli być naprawdę świadkami, potrzebny jest dialog.

POTRZEBNY JEST DIALOG
Potrzebny jest dialog - z samym sobą, z Bogiem, z najbliższym człowiekiem, z innymi ludźmi.
Budowanie i umacnianie więzi małżeńskiej poprzez dialog - poprzez spotkanie z samym sobą, z drugim człowiekiem i z Bogiem. Chodzi o to, by przede wszystkim wsłuchać się w siebie, w swoje “ja”, w swoje uczucia, ale także motywacje działań. Czy kieruje się miłością Boga i bliźniego, czy miłością własną? To leży u źródeł.
Zabiegi na rzecz budowania więzi małżeńskiej i przeżywania dojrzałej wiary są w moim przekonaniu największą nadzieja rodziny na przełomie tysiącleci. Bo ta więź rzutuje na wszystkie inne więzy w rodzinie i także na przyszłe więzy rodzinne  dzieci. Na ich więź z Bogiem także. Ostatnio miałem kontakt z dwoma małżeństwami, które   rozpadły się. Kryzys trwał oczywiście  wiele lat. Ale w jakimś momencie więzy zostały przerwane. W jednym przypadku z domu wyprowadził się mąż, w drugim żona. W obu rodzinach było to również zerwanie przez nastoletnie dzieci z chodzeniem do kościoła.
W innym liście opuszczona żona żaliła mi się, ze córki mówią, że nigdy za mąż nie wyjdą, bo jeśli małżeństwo ma tak wyglądać jak ich rodziców, to nie warto. I dlatego nie zrzucajmy całej odpowiedzialności za wolne związki na masmedia, ale także na kryzysy we własnym małżeństwie, na fasadowość, rozłamy i kłótnie, a może hipokryzję.
Warto oczywiście docenić wszystkie zagrożenia zewnętrzne - masmedia, nowobogackie aspiracje młodzieży nastawionej na to, by przede wszystkim mieć. Dlatego potrzebne są grupy wsparcia dla młodzieży, grupy wsparcia ukazujące styl życia alternatywny do konsumpcyjnego modelu lansowanego w masmediach.
Ale przecież wszystkie działania, które podejmujemy, czy to w trosce o ochronę życia poczętego, czy w trosce o adopcję dziecka, walka z alkoholizmem i narkomanią, to wszystko są nadzieje na trwałe małżeństwa osób, którym poświęcamy czas.
Dotknąłem tematu o przyszłym małżeństwie dziecka w rozbitej rodzinie.  Bardzo dobrze, ze szuka się nowych form przygotowania, choćby i promowanych przeze mnie Wieczory dla Zakochanych, dobrze, że chcemy zwrócić uwagę  na katechezę szkolną w tym zakresie, alepodstawą jest budowanie więzi małżeńskiej.  To jest najbardziej długofalowy program przygotowania do małżeństwa. Ponieważ młodzi małżonkowie dzisiaj, jutro staja się rodzicami i świadectwem swojej więzi małżeńskiej przygotowują do małżeństwa swoje dzieci od kołyski. Dzieci przede wszystkim czerpią przykład w domu. Z tego jakimi są  ich rodzice. Jak żyją. Jeżeli usłyszą najlepszy wykład na ten temat czy kazanie, a w domu będą widzieć co innego, to nie będą wierzyć katechecie. Nie będą tez wierzyć temu co im mówią rodzice, tylko będą patrzeć jak rodzice żyją, jak rodzice się do siebie odnoszą. Czy potrafią wyjść z konfliktu, kryzysu?

Dlatego jeżeli  uczestniczymy we wspólnotach, to również przygotowujemy  w sposób pośredni, ale najważniejszy, ich dzieci do małżeństwa. Jeżeli spotykamy się z młodymi małżeństwami, to umacniając ich więź przygotowujemy ich dzieci - często jeszcze nie narodzone - do małżeństwa.   Ale jeżeli rodzice chodzą na spotkania kręgów, modlą się, a nie odnoszą się  do siebie z szacunkiem, to nie przygotowują swoich dzieci dobrze do życia rodzinnego.
Dlatego powtarzam: Najważniejsze przygotowanie do zawarcia sakramentu małżeństwa  dokonuje się w małżeństwie rodziców  podstawowy wysiłek  idzie na budowanie i odbudowywanie więzi pomiędzy mężem i żoną.
Dlatego wielką nadzieją jest istnienie wszystkich inicjatyw na rzecz umacniania jedności małżeńskiej.

CO JESZCZE PO STRONIE NADZIEI?
Przede wszystkim istnienie ruchów i stowarzyszeń rodzinnych o bardzo zróżnicowanych charyzmatach i obejmujących swoim działaniem   wszystkie aspekty życia  małżeńskiego i rodzinnego. Od troski o życie poczęte po hospicja. Potrzeba jest matka wynalazków. To stare przysłowie ma tu swoje ewangelizacyjne zastosowanie. Pojawiające się potrzeby, zagrożenia wyzwalają nowe siły i nowe energie. Obyśmy tylko te wyzwania podejmowali.
I w nich wytrwali

Nie potrafiłbym chyba znaleźć takiego zagrożenia rodziny, które nie stałoby się wyzwaniem do podjęcia go przez ruch istniejący lub powstanie nowego stowarzyszenia do walki właśnie z tym zagrożeniem.  Podejmują wyzwania jakie stawiają przed nimi przemiany cywilizacyjne.
Nadzieja są wszystkie świadectwa, że można być dobrym małżeństwem i że warto odkrywać wciąż  na nowo czym naprawdę jest miłość. Że możliwy jest dialog prowadzący do prawdziwego SPOTKANIA OSÓB w małżeństwie, z dziećmi, z innymi ludźmi, dialog miedzypokoleniowy. Pan Bóg uzdalnia nas do takiego dialogu, w którym możemy coraz lepiej rozumieć siebie, wysłuchać do końca, być na siebie wrażliwym, delikatnym we wzajemnych relacjach, że potrafimy sobie wybaczać.

Nadzieją jest także
-   współdziałanie ruchów pro rodzinnych  w duchu jedności w różnorodności, przy równoczesnej  trosce o ochronę charyzmatu każdego z nich i nie spłycania metod pracy
- poszukiwanie nowych sposobów przekazywania treści Dobrej Nowiny   małżeństwu i rodzinie
-   wrażliwość i ewangeliczne przygarnianie osób, którym życie rodzinne nie udało się   (małżeństwa w sytuacjach trudnych, małżeństwa cywilne w powtórnych  związkach po  rozwodzie, porzuceni, którzy nie zawarli nowego związku,  samotni)
- gotowość rezygnacji z siebie i swojego “ja” w pracy apostolskiej, budowania  wspólnot, których celem jest istnienie nie “dla siebie” ale “dla   innych”, troska o własną postawę   świadka.

Ale   ruchy i stowarzyszenia, jak każda zbiorowość ludzka, choć z jednej strony są miejscem nadziei, to jednak podlegają sobie właściwym zagrożeniom.
Cóż więc po stronie zagrożeń?

A CO   PO STRONIE ZAGROŻEŃ?
Zagrożeniem w każdym z nas jest m.in.:
-     zamknięcie we własnej rodzinie, nadmierne  zaangażowanie w pracę, idące   kosztem więzi  małżeńskiej i rodzinnej.
Zagrożeniem jest faryzeizm przejawiający się uważaniem siebie za lepszych, odsuwaniem sie od  "trędowatych", takich jak rozwiedzionych
odreagowywanie na rodzinie i  wspólnocie własnych problemów, postawa nieustannego malkontenctwa i narzekania
● starzenie się kadry liderów, postawa działacza,
● mówienie żargonem religijnym i żargonem własnego ruchu, nieczytelnym dla osób z zewnątrz,
nie zauważanie i zamykanie oczu na zagrożenia w sobie samym, “ego” w pracy   apostolskiej.

ŻYĆ  POD  PRĄD
Istnieje konieczność zaakceptowania, że w ślad za przemianami ekonomicznymi idącymi z Zachodu, małżeństwo i rodzina podlega i podlegać będzie zagrożeniom ze strony   prądów liberalno-konsumpcyjnych. Jest to wyzwanie dla ruchów i stowarzyszeń pro rodzinnych. Przemiany cywilizacyjne niosą zagrożenia, ale także stwarzają szansę odnowie życia małżeńskiego i rodzinnego poprzez wyzwalanie coraz głębszego odczytywania powołania do życia w małżeństwie i rodzinie i odczytywania wciąż na nowo ewangelicznego przesłania o nim. Powoduje to, że coraz więcej ludzi odpada, coraz więcej ludzi odchodzi od trwałych wartości życia rodzinnego, ale równocześnie rośnie liczba osób pogłębiających w sobie te wartości i chcących żyć nimi autentycznie. Jako przykład popatrzmy na Francję, jeden z najbardziej zlaicyzowanych krajów, w którym narodziło się wyjątkowo dużo wspólnot odnowy życia chrześcijańskiego, w tym także rodzinnego.
Potrzebne jest osobiste nawrócenie i  stwarzanie warunków do nawracania się wciąż na nowo do Boga w Trójcy Świętej, gdyż tylko w tym kontekście można w pełni uzasadnić nie relatywizowaną miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Sama psychologia i ekologia nie wystarczą.

CO W TAKIM RAZIE ROBISZ ?
W obliczu zagrożeń, alei w perspektywie nadziei, niesłychanie ważne jest właściwe wykorzystanie czasu. Kiedy przygotowywaliśmy się do tego spotkania wybuchła dyskusja czy rodzina ma dzisiaj czas wolny. Jest to pojecie względne. Dla osób aktywnych jest pojęciem abstrakcyjnym. Dla innych - są  to godziny spędzone   na dodatkowych zajęciach. Ale przede wszystkim przed telewizorem. 83% Polaków czas poza pracą zawodową i podstawowymi czynnościami domowymi spędzą przed telewizorem. To są  te 3-4 godziny dziennie na statystycznego Polaka. Pod względem telewizyjnej konsumpcji znajdujemy się na czołowym miejscu w Europie. Po oglądaniu telewizji na drugim miejscu tzw. wolny czas wypełnia czytanie gazet i książek, na czwartym rozwiązywanie krzyżówek i dopiero na ósmym zabawa z dziećmi. Jesteśmy konsumentami czasu wolnego, co ma swój bezpośredni, a czasem pośredni wpływ na więzy małżeńskie i rodzinne. Co robimy z czasem, który jest nam dany? Czas krótki jest. Trzeba więc aby ci, którzy mają żony, tak żyli, jakby byli nieżonaci, a ci, którzy płaczą, tak jakby nie płakali, ci zaś, co się radują, tak jakby się nie radowali; ci, którzy nabywają, jak gdyby nie posiadali; ci, którzy używają tego świata, tak jakby z niego nie korzystali powiada św. Paweł... (1Kor 7, 29-31). Co robimy z czasem? Już nieważne czy wolnym, czy nie wolnym? Bardzo zajętym... Na co w ogóle czas poświęcamy? Czy nadmiar zaangażowania nie jest ucieczką?
Chciałbym abyśmy w tym kontekście nie popadli w pułapkę, jaka może się kryć pod hasłem “rodzina”. Właśnie rodzina konsumująca czas. Rodzina kupująca i używająca tego świata. Rodzina bez cierpień i kryzysów z doskonale wytrenowaną komunikacją interpersonalną. Ale bez miejsca dla Boga. Rodzina nie jest celem samym w sobie. Jest drogą do Boga. I jest w niej miejsce na przyjęcie cierpienia, które ma moc zbawczą. Dlatego potrzebne jest dojrzałe przeżywanie wiary w rodzinie. Wiary, a nie tylko praktyk pobożnościowych.

BYĆ ŚWIADKIEM NADZIEI
Cieszyłbym się gdybyśmy z tego miejsca wyszli na skrzydłach nadziei z nowymi impulsami do troski o własne małżeństwo, własną rodzinę, otwarci do dawania siebie innym ale dawania całkowicie w dialogu z   Jezusem i odpowiadania na potrzeby, które On ukazuje. Byśmy wyszli w postawie autentycznego wsłuchania się w siebie, we własna rodzinę, w innych, we własną wspólnotę zaangażowaną na rzecz rodziny. Byśmy autentycznie byli świadkami nadziei.

I abyśmy uwierzyli, ze małżeństwo jest prawdziwą drogą do świętości. Coraz częściej słyszy się głosy, by poszukać w historii i wynieść na ołtarze świętych małżonków. Takich, którzy razem, a nie jedno z nich, ujawnili heroiczność cnót. Nie ma dotąd  takich przykładów oficjalnie uznanych przez Kościół. Ale ujawniająca się potrzeba jest także znakiem nadziei właśnie na trzecie tysiąclecie. Ostatnio Krajowa Rada ds. Świeckich opracowała dokument na ten temat i dzisiaj go prezentuje w Rzymie na Światowym Kongresie Apostolstwa Świeckich

BYĆ ŚWIADKIEM NADZIEI
Cieszyłbym się gdybyśmy z tego miejsca wyszli na skrzydłach nadziei z nowymi impulsami do troski o własne małżeństwo, własną rodzinę, otwarci do dawania siebie innym ale dawania całkowicie w dialogu z   Jezusem i odpowiadania na potrzeby, które On ukazuje. Byśmy wyszli w postawie autentycznego wsłuchania się w siebie, we własna rodzinę, w innych, we własną wspólnotę zaangażowaną na rzecz rodziny. Byśmy autentycznie byli świadkami nadziei.

I abyśmy uwierzyli, ze małżeństwo jest prawdziwą drogą do świętości. Coraz częściej słyszy się głosy, by poszukać w historii i wynieść na ołtarze świętych małżonków. Takich, którzy razem, a nie jedno z nich, ujawnili heroiczność cnót. Nie ma dotąd  takich przykładów oficjalnie uznanych przez Kościół. Ale ujawniająca się potrzeba jest także znakiem nadziei właśnie na trzecie tysiąclecie. Ostatnio Krajowa Rada ds. Świeckich opracowała dokument na ten temat i dzisiaj go prezentuje w Rzymie na Światowym Kongresie Apostolstwa Świeckich

Może ktoś powie, że zagrożeń jest więcej niż nadziei. Być może, ale przecież Bóg o tym wie. Historia świata, historia czasu, przyszłość rodziny należy do Niego. Sam Jezus powiedział, ze przyjdą czasy odstępstwa. Ale   powiedział: Kto wytrwa do końca będzie zbawiony. I powiedział jeszcze coś  bardzo ważnego, a mianowicie: “Wytrwajcie w miłości mojej”. Powiedział to do każdego z nas. Do naszych małżeństw i rodzin, do ruchów rodzinnych. W miłości Mojej. Czyli w miłości Jezusa. A nie w miłości własnej. I teraz, patrząc na zagrożenia, nie warto szukać ich w innych, ale przede wszystkim w sobie.
A jaka jest miłość Jezusa?
● przygarniająca każdego, wierna, życzliwa, słuchająca.
● przebaczająca, pełna modlitwy, zwrócona ku Ojcu,

ale i wzywająca do pójścia na cały świat
i aż po krańce ziemi.

Cały świat dzisiaj to nie tylko tereny tradycyjnie misyjne. To każdy człowiek szczególnie cierpiący, duchowo ubogi, który jest koło nas. Czasem bardzo odległy. Łatwiej obejrzeć  film o misjach w Afryce niż pomóc potrzebującemu pomocy, który jest tuż obok. Jego cały świat - to problem, który on przeżywa. To jest  jego świat, i my możemy mu pomóc.
Krańce ziemi są bardzo blisko - to rodzina, która dowiaduje się, ze jej syn jest narkomanem. To małżeństwa o których wspomniałem na początku. To bezrobocie, które sprzyja alkoholizmowi.

Wytrwajcie w miłości mojej. Czyli miłości Jezusa, a nie swojej własnej. W naszym życiu małżeńskim, rodzinnym w naszym zaangażowaniu na rzecz rodziny próbujmy odróżniać miłość Jezusa od miłości własnej. Jezus nas do tego uzdalnia. Jest bardzo wiele dróg realizacji tej miłości.

Na zakończenie jeszcze pytanie, może jako praca domowa: w jakich sytuacjach - w mojej rodzinie, we wspólnocie, w całym zaangażowaniu na rzecz rodziny, szukam bardziej miłości własnej niż miłości Jezusa? W jakich sytuacjach udało mi się przezwyciężyć miłość własną korzyść miłości Jezusa?