Rola ruchów w państwie


- Nowe państwo i rola ruchów w państwie, prof. dr Jerzy Adam Stępień
- Podjąć łaskę „bierzmowania” ruchów i stowarzyszeń, bp Piotr Libera
- Biskupi Polscy wobec integracji europejskiej
- Intencje II Krucjaty modlitwy w intencji Ojczyzny
- Ważniejsze spotkania ORRK



Nowe państwo i rola ruchów w państwie
Prof. dr Jerzy Adam Stępień
Sędzia Trybunału Konstytucyjnego
Referat wygłoszony na Spotkaniu Plenarnym ORRK 10 listopada 2001 r.

Cieszę się bardzo z dzisiejszego spotkania; rok temu zostałem poproszony o wygłoszenie podobnego tematu, myślę więc, że pewne wątki sprzed roku będę mógł obecnie rozwinąć. Ale cieszę się z tego spotkania także dlatego, ponieważ widzę tu panią Annę Pruszyńską, dzięki której, z powodu pewnego zbiegu okoliczności, zacząłem głębiej interesować się państwem, i relacjami pomiędzy państwem a społeczeństwem obywatelskim.
Proszę mi pozwolić na osobiste wspomnienie, a był to rok bodaj 1985, w każdym bądź razie był to okres bardzo trudny dla społeczeństwa polskiego. Wprawdzie stan wojenny został wtedy uchylony, można było organizować już jakieś spotkania, ale przecież wiemy, że w jakimś sensie stan wojenny obowiązywał do 1989 r. Pamiętam, że zostałem wtedy zaproszony przez Państwa Pruszyńskich na spotkanie Ruchu Cywilizacji Miłości do Częstochowy, jeszcze jako założyciel Bractwa Trzeźwości w Kielcach (w 1983 r. założyłem takie bractwo, ponieważ uważałem, że jest to jedna z dróg zdobywania samoświadomości przez społeczeństwo, przez naród). Wśród zaproszonych gości, wśród prelegentów znalazł się wtedy także pan Tadeusz Syryjczyk, późniejszy minister, poseł oraz nieżyjący już od 12 lat Mirosław Dzielski – wybitny filozof krakowski. Jego myśl jest na szczęście ciągle obecna, bo stale wraca się do wątków, które uczynił przedmiotem swoich studiów, analiz i  niezliczonych wystąpień w latach 80-tych. I kiedy już skończyły się nasze oficjalne prelekcje i dyskusje w ramach Cywilizacji Miłości, gdzieś tam wieczorem siedliśmy sobie we trzech w Domu Pielgrzyma; to była taka typowa „nocna Polaków rozmowa”. Nie pamiętam już o której się wtedy skończyła, ale pamiętam doskonale jej klimat i wnioski, które  przynajmniej dla siebie z tamtej rozmowy wyciągnąłem. Wiedzieliśmy, że wcześniej czy później rzeczywistość państwa totalitarnego się skończy. Od czegoś trzeba będzie zatem zacząć. Nie bardzo wierzyliśmy, że to nastąpi w jakimś dającym się przewidzieć czasie, raczej myśleliśmy o jakiejś nieokreślonej przyszłości,  ale trzeba było tym wcześniej zacząć przygotowywać się do tej przyszłości im odleglejszych w czasie skutków należało się spodziewać. Wierzyliśmy, że to będzie inna przyszłość.

Utracona cywilizacja
Wtedy, podczas tej rozmowy uświadomiłem sobie bardzo dobitnie, że w gruncie rzeczy system, z którym mieliśmy do czynienia był zaprzeczeniem całego dorobku cywilizacji kultury europejskiej. A jeśli tak, to w takim razie trzeba zacząć od badania i określania tu i teraz, jaki jest ten dorobek cywilizacyjny kultury europejskiej, co jest w niej żywotne, co zostało definitywnie wypalone, a do czego można jeszcze nawiązać. Po tak postawionej tezie łatwo już było przejść do konkretów. Na pewno takimi standardami życia w tradycji europejskiej, tej nowoczesnej, jest państwo demokratyczne, państwo prawne, państwo, w którym władza świecka jest oddzielona od władzy duchownej (to jest tradycja sięgająca czasów rzymskich), państwo, którego gospodarka jest oparta o zasady wolnego rynku a przede wszystkim o prawo własności. Prawo własności jawiło nam się jako jedna z tych podstawowych kategorii dorobku cywilizacyjnego, niespotykanej n.b. poza tradycją europejską, do której można nawiązać i która może być podstawą organizowania się społeczeństwa. Oczywiście, standard państwa demokratycznego zakłada także wolne demokratyczne wybory, ale również jakąś sprawdzoną historycznie organizację struktur władzy publicznej oraz społeczeństwa. Tutaj prostym wnioskiem było skonstatowanie, że w przyszłości będziemy mieli możliwość decydowania o swoim losie, będziemy starali się budować państwo w oparciu o zasady samorządu terytorialnego. Tak się później złożyło, że w 1989 roku zostałem senatorem i przewodniczącym Komisji Samorządu Terytorialnego w Senacie I i II kadencji, właśnie dlatego, że ileś tam lat wcześniej zrozumiałem, że jest to droga budowy współczesnego państwa. Samorząd terytorialny miał pewne antycypacje w naszej tradycji polskiej, przede wszystkim w tradycji europejskiej, ale trzeba było także zastanowić się jak teraz powinien być zbudowany, w oparciu o jakie wartości, jakie rozwiązania strukturalne etc.
Jaka zatem powinna być rola także organizacji pozarządowych, bo jeśli potrafimy sobie wyobrazić jakiś model struktury państwa, struktury władzy publicznej, to przecież pomiędzy strukturami władzy publicznej a społeczeństwem (obywatelami) nie zawsze da się znaleźć jakieś bezpośrednie przełożenie. Tam jest jakaś przestrzeń, która musi być wypełniona w pewien sposób. W jaki sposób? Trzeba było dopiero poszukiwać odpowiedzi na te pytania. Dla mnie przynajmniej niespodzianie w 1989 roku odzyskaliśmy wolność, niepodległość, szansę budowania własnego państwa. Okazało się jednak bardzo szybko jak ułomna jest niezależna myśl państwowa, i jak dalece filozofia państwa i filozofia prawa zostały zniszczone w okresie ostatnich kilkudziesięciu lat. Najbardziej wówczas poszukiwanym dobrem, przynajmniej dla takich osób jak ja, była jakaś mądra teoria, mądre zasady, które pozwoliłyby dopiero później budować szczegóły. I z tym właśnie było najtrudniej. Ponieważ jeśli nawet w okresie 80-81 czy później mówiło się o jakichś koncepcjach, to zwykle przybierały one pewien szczególny, wycinkowy wyraz, ale bez odniesienia do całości. A teraz przyszedł czas, kiedy trzeba było sobie zadać absolutnie fundamentalne pytania, z odpowiedzi na które musiały płynąć już konkretne decyzje, przekładające się na system ustaw organizujących państwo, system finansów publicznych etc. W gruncie rzeczy taka wiedza, którą wynosiło moje pokolenie z uniwersytetu, bez jakichś pogłębionych specjalistycznych studiów, okazała się wiedzą bardzo powierzchowną, nie pozwalającą na budowanie poważniejszych konstrukcji. Tak się złożyło, że w ciągu kilkudziesięciu ostatnich lat wbijano nam do głowy, na użytek ideologii, fałszywe koncepcje państwa. Nota bene, fałszywa koncepcja państwa ciągle jeszcze, moim zdaniem, pokutuje.  W bardzo wielu przypadkach, nawet u ludzi szczerze kochających demokrację i społeczeństwo otwarte, pojawia się mówiąc wprost marksistowska koncepcja państwa, która została wbita gdzieś na uniwersytecie, na nieskończonej ilości kursów (np. w wojsku), w trakcie których mówiono, a w podręcznikach pisano, że państwo jest aparatem przymusu, za pomocą którego klasa władająca środkami produkcji panuje nad innymi klasami, redukując tym samym państwo do aparatu przymusu. Z tego wynikła cała masa rozmaitych konsekwencji. Aparat ten musiał być jakoś zbudowany, a jego funkcjonariusze musieli się rekrutować z pewnej sprawdzonej grupy ludzi – stąd zasada nomenklatury. Ten aparat nie mógł się mylić, nie mógł podlegać krytyce, stąd cenzura itd. itd. Trzeba było zadać sobie pytanie czy taka definicja państwa, pojmowanego jako aparat, jako pewna tylko organizacja, jest w ogóle prawdziwa. Jakże często nawet i dziś mówimy, że państwo winne jest robić to i tamto, że powinno zająć się tym i owym, że tego państwo nie zrobiło, że mamy prawo oczekiwać od państwa czegoś itd. Moim zdaniem jest to w dużej mierze konsekwencja starej PRL-owskiej mentalności, w której państwo pojmuje się jako pewien aparat, pewną strukturę niezależną od społeczeństwa, istniejącą poza nim. Tutaj ujawnia się jeszcze głębszy problem. Mianowicie w całej tradycji europejskiej nigdy nie było tak jasno powiedziane na czym powinna się zasadzać istota organizacji państwa, organizacji obywateli, przeradzania społeczeństwa w państwo, czy emanacji w państwo narodu. O ile jeszcze w czasach najwcześniejszych, klasycznych, pojmowano państwo jako społeczeństwo obywateli, to musimy jednak pamiętać, że tego rodzaju tezy (głoszone m.in. przez Arystotelesa) przede wszystkim odnosiły się do rzeczywistości greckiej, czyli państwa-miasta, gdzie istniała możliwość bezpośredniego uczestniczenia przez obywateli w życiu publicznym. Warto sobie przy tej okazji przypomnieć, że po grecku osoby, które miały prawo uczestniczenia w życiu publicznym a nie korzystały z niego nazywano „idiotes”. Stąd się bierze źródło słowa, które dzisiaj posiada nieco inny charakter (desygnat).

Ku państwu nowożytnemu
Tymczasem rzeczywistość europejska od czasów średniowiecznych do czasów Europy nowożytnej nie była, z niewielkimi wyjątkami, zorganizowana według idei państwa-miasta. Były to duże organizmy, w których władza państwowa nie była legitymizowana przez ogół społeczeństwa i pochodziła jakby  spoza niego, najczęściej będąc związana z dziedzicznym tronem. W związku z tym stare teorie wyjaśniające istotę państwa przestały pasować do rzeczywistości końca XIX wieku i początku XX wieku. Wtedy też (w XIX wieku) pojawiają się nowożytne koncepcje społeczeństwa obywatelskiego. Chętnie dzisiaj nawiązujemy do tych koncepcji, używamy tych pojęć, ale bardzo często okazuje się, że pod pojęciem państwa uważamy właśnie to wszystko co jest poza strukturami państwa. Taka jest między innymi koncepcja heglowska. O ile da się zrozumieć Hegla,  który żył i publicznie funkcjonował w scentralizowanej pruskiej monarchii, o tyle dzisiaj tamte koncepcje nie wytrzymują już krytyki.
Trzeba było, zrywając z Heglem i jego epigonami, sięgnąć do jakichś podstawowych, klasycznych i sprawdzonych teorii.  Moim zdaniem taką właśnie teorią jest klasyczna definicja państwa Georga Jellinka, uczonego niemieckiego z przełomu XIX i XX wieku, który powiada, że państwo da się zdefiniować poprzez łączne analizowanie trzech elementów:
1.obywateli (ludności)
2. terytorium
3. suwerennej władzy państwowej.

Dopiero konglomerat tych trzech kategorii daje nam pełny obraz państwa. Nie można analizować państwa w oderwaniu od obywateli, nie można redukować go do jakiegoś aparatu, w szczególności aparatu przymusu. To oczywiste, że każde państwo musi dysponować aparatem przymusu, ponieważ każde państwo stanowi jakieś prawo, musi zatem dysponować aparatem, który pozwoli na egzekwowanie tego prawa, ale nie można rzeczywistości państwa redukować wyłącznie do aparatu, czy nawet – idąc trochę dalej – do organizacji struktur władzy państwowej. Państwo zatem – powtórzymy – to rzeczywistość tych trzech kategorii: ludności, terytorium i suwerennej władzy państwowej. Odnotowujemy ciągle spór w Polsce czy PRL była państwem polskim, czy nie była państwem polskim. Odpowiedź na to pytanie zależy od tego, jaką definicją państwa będziemy się posługiwali. Jeśli powiemy, że państwo to aparat przymusu, za pomocą którego klasa ... itd., to możemy powiedzieć tak: do 1956 r., w ramach struktur tego państwa funkcjonowali doradcy radzieccy, (różni Wozniesieńscy, Skulbaczewscy, Rokossowscy) – chyba wtedy trudno mówić o państwie polskim. Natomiast po 56 roku, kiedy towarzysze radzieccy, doradcy wrócili tam skąd przybyli, ten aparat nie był już nasycony jakimś elementem zewnętrznym, a zatem można by mówić o jakiejś formie państwa polskiego – takie ujęcie będzie zgodne z definicją marksistowską państwa. Ale jeśli zaczniemy odpowiedź od przywołania klasycznej definicji, to musimy powiedzieć, że państwo to przede wszystkim twór, który jest suwerenny. Na tak postawione pytanie o istotę PRL-u musielibyśmy odpowiedzieć, że to nie był przecież twór suwerenny, a zatem nie było to państwo polskie. Czym więc była PRL? Mówię to oczywiście na własną odpowiedzialność - uważam, że PRL była jakąś formą autonomicznej struktury, ale znacznie większej całości, jaką był  Związek Radziecki wraz z innymi państwami satelitarnymi. Ten cały blok był właściwie jednym państwem. Cały blok miał dopiero przymiot suwerenności; żadna z części składowych tego przymiotu suwerenności nie miała, a zatem nie można mówić o państwowości polskiej. Co więcej, nie można tej państwowości utożsamiać z jakimś formalnym uznaniem przez społeczność międzynarodową. Bardzo często odwołujemy się w podręcznikach do elementu podmiotowości w prawie międzynarodowym i twierdzimy, że państwa to są struktury cieszące się uznaniem społeczności międzynarodowej. Wychodząc z formalnego scharakteryzowania tej suwerenności można powiedzieć, że przecież Polska została uznana przez wszystkie kraje liczące się na świecie, była członkiem ONZ, a zatem miała przymiot podmiotowości publiczno-prawnej w zakresie prawa międzynarodowego. Ale przecież członkami ONZ były Ukraina i Białoruś w czasach Związku Radzieckiego, a nikt o zdrowych zmysłach nie będzie dzisiaj twierdził, że były to podmioty prawa międzynarodowego. A zatem odwołanie się do prawa międzynarodowego nie pomoże nam przybliżyć się do zrozumienia istoty państwa. Natomiast klasyczna definicja państwa wszystko nam właściwie wyjaśnia. Państwo to: obywatele, terytorium, suwerenna władza państwowa.

Dlaczego państwo?
Zostawmy na moment dwa pierwsze elementy; zajmijmy się przez chwilę wyłącznie „obywatelami”. Najbardziej popularna definicja demokracji powie, że z państwem demokratycznym mamy do czynienia wówczas, kiedy obywatele wybierają (legitymizują) władzę. Ale prawdę mówiąc niewiele się da zrozumieć z tak przyjętej definicji. Nie da się zrozumieć w szczególności dlaczego mamy różne państwa, jeśli byśmy patrzyli na państwo tylko z perspektywy obywatela jako takiego. No bo dlaczego miało by być wiele państw w Europie? Przecież można byłoby zorganizować tylko jedno państwo – niektórzy nawet tego chcą! My jednak tego nie chcemy. Co więcej nie tylko Polacy nie chcą rozmyć się w jednym państwie europejskim, ale od 89 roku obserwujemy erupcję powstawania nowych suwerennych bytów państwowych, państw narodowych. Wydawało się, że ta kwestia narodowa – żywotna może jeszcze pod koniec XIX wieku – powinna już być zarzucona, ale tak się nie dzieje. Dlaczego zatem tak się dzieje, że nie tylko Polacy, nie tylko Czesi, Słowacy (to zresztą bardzo ciekawe jak Słowacy walczyli o swoją odrębną państwowość), nie tylko kraje Związku Radzieckiego, byłej Jugosławii ale także wiele narodów państw zachodniej Europy dąży do powstania bytów odrębnych, samodzielnych. Po 300 latach zebrał się parlament szkocki, który ogłosił, że celem Szkocji jest uzyskanie pełnej suwerenności. Widzimy jakie problemy ma Anglia z Irlandią Północną. W tej chwili dzieją się tam rzeczy, które trudno zrozumieć człowiekowi nie będącemu w środku wydarzeń. Nie mniej widać wyraźnie, że Irlandczycy dążą do utrzymania swojego państwa nie tylko w takiej części, jaką odzyskali w 1921 roku, ale chcą aby cała wyspa znalazła się w ramach narodowego państwa irlandzkiego. Wielbiony w Polsce, noszony na rękach – i słusznie - Norman Davies pisze w wywiadzie dla Rzeczpospolitej sprzed roku, że bardzo by chciał, aby Wielka Brytania podpisała układ w sprawie euro, bo wtedy Wielka Brytania szybciej się rozpadnie i jego rodzinna Walia uzyska niepodległość.
Trudno mówić o odzyskaniu niepodległości, bo Walia nigdy jej nie miała; no ale Walijczycy, przynajmniej ustami Normana Daviesa, głoszą, że chcą mieć niepodległość. W Tygodniku Powszechnym parę miesięcy temu jeden z najwybitniejszych polskich socjologów, Jerzy Szacki, przewiduje, że na początku XXI wieku będziemy mieli do czynienia z rozpadem państwa belgijskiego, n.b. stworzonego trochę sztucznie w 1930 r. z dwóch narodów, które nie mogą się pogodzić w ramach jednego państwa. A zatem możemy powiedzieć tak: współcześnie mamy do czynienia w Europie z państwami albo jednonarodowymi albo wielonarodowymi. Istnieje tendencja do zanikania państw wielonarodowych i tworzenia się państw jednonarodowych.

Dwie definicje kultury
Pora zapytać dlaczego narody dążą do własnej postaci politycznej, jaką jest państwo? Moim zdaniem nie da się tego zrozumieć bez próby zdefiniowania czym jest naród. Tutaj znowu trzeba szukać jakiejś głębszej odpowiedzi. Jak to zwykle bywa odpowiedzi nie są jednoznaczne. Naród jest różnie definiowany w tradycji europejskiej -  np. jako wspólnota ziemi, krwi (tradycja niemiecka, która zresztą miała wpływ na rozumienie narodu w Polsce). Myślę, że tradycja Narodowej Demokracji jest trochę taka. Ale jest też inna tradycja, mianowicie pojmowanie narodu jako wspólnoty kultury i wydaje mi się, że ta definicja jest znacznie bliższa naszemu doświadczeniu historycznemu. Właśnie ta definicja m.in. za sprawą Jana Pawła II utrwala się w świadomości Polaków. Przyjęcie definicji narodu jako wspólnoty ziemi i krwi powoduje, że Niemcy domagają się na przykład, aby ludność niemiecka na Opolszczyźnie miała prawa polityczne przysługujące mniejszości narodowej, ale będą odmawiali takich praw na zasadzie wzajemności mniejszości polskiej mieszkającej w Niemczech. Dlaczego? Czy jest to po prostu jakaś niesprawiedliwość? Dyktat silniejszego? Czy też kryje się za tym coś innego? Otóż właśnie kryje się tu owo coś innego. Właśnie inna definicja narodu, jaka tam się utrwaliła. Niemcy powiedzą tak: Polacy w okręgu sołecznikowskim i wileńskim powinni mieć prawa polityczne, ale Niemcy w Wielkiej Brytanii czy w USA nie, dlatego, że Niemcy w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii nie są związani z konkretnym terytorium, tak jak są związani z konkretnym terytorium na Opolszczyźnie, czy Polacy w okręgu sołecznikowskim czy wileńskim. Dlatego Niemcy przyznali prawa polityczne na poziomie landu (Szlezwik Holsztyn) jedynie mniejszości duńskiej, bo ona jest tam od zawsze związana z tym terytorium, a będą konsekwentnie odmawiać praw politycznych takim mniejszościom jak Polacy, czy Turcy.
My jednak zdecydowanie inaczej ujmujemy ten problem, z powodu naszej tradycji, naszej kultury, z powodu tego, że Polska była państwem wielonarodowym, wielokulturowym, że zmieniała często granice, że mamy swoje doświadczenia XX wieku i wielokrotnie przesuwane granice jesteśmy bliżsi definicji narodu jako wspólnoty kultury. Jan Paweł II, kiedy przyjechał do Polski pierwszy  raz, na Wzgórzu Lecha mówił: „kultura jest tym co nas wyodrębnia spośród innych”. Kultura jest zatem tym genus proximus definicji narodu wg Jana Pawła II. W innym miejscu powie (bodajże w ONZ czy w UNESCO), że kultura jest tym co tworzy naród, ale jednocześnie co pozwala na komunikowanie się z innymi.  To niezwykle głębokie i ważne.

Najważniejsza jest kultura
A zatem kultura. Ale jaka kultura, jak zdefiniowana? Chodzi tu o szerokie rozumienie kultury. Zmarła niedawno prof. Antonina Kłoskowska, której prace wymagają uważnego studiowania i popularyzowania, rozumie przez kulturę konglomerat  różnych czynników, wśród których wyróżnia język, religię, historię, obyczaj, tradycję, literaturę i sztukę. Nie zawęża kultury i sztuki do jakiegoś resortowego jej traktowania. Rozumie kulturę bardzo szeroko. Do tego  katalogu czynników tworzących kulturę narodową należy dorzucić tradycję budowania urządzeń publicznych właściwą każdemu narodowi, każdemu państwu w Europie. Nie ma jednego wzoru parlamentu w Europie, każde państwo ma swoją tradycję i swoją nazwę własną dla parlamentu. Poza Litwą i Polską nigdzie się nie używa słowa Sejm. Ale nikt nie będzie też nazywał parlamentu „zgromadzeniem narodowym”. Izba Lordów, Izba Gmin – to są nazwy własne związane z tradycją angielską. Tak samo dzieje się w przypadku struktur lokalnych:  nie ma w Europie jednej nazwy dla gminy. W zależności od tego z jakim krajem mamy do czynienia różnie ta podstawowa jednostka będzie się nazywała, inaczej będzie się nazywała też druga jednostka, jaką jest powiat. Także jednostki regionalne będą też miały swoje indywidualne nazwy. A zatem tradycja budowania tych instytucji publicznych również składa się na tradycję kultury. I bardzo jest niebezpiecznie „grzebać” w tych właśnie strukturach, bo często się technokratom wydaje, że oni tylko po prostu zmieniają struktury, albo inaczej ustawiają przepływy finansów, ale w gruncie rzeczy obiektywnie dotykają żywego ciała pewnych tradycji budowania urządzeń publicznych i może się okazać, że zrobią więcej szkody przy najlepszych nawet intencjach  biorąc np. jakieś wzorce, które nie pasują do tradycji miejscowej. We Francji jest taka instytucja: Rada Państwa (Conseil d’Etat). W żadnym innym państwie nie ma właściwie swojego odpowiednika. Ale proszę sobie wyobrazić Francję bez Conseil d’Etat. To jest właściwie – moim zdaniem -  najsilniejsza struktura państwa francuskiego.
Czy specyfika budowania różnego rodzaju organizacji obywatelskich, związków narodowych, partii politycznych nie jest w każdym kraju inna? - wymieniam tutaj krąg organizacji pozarządowych. Te wszystkie instytucje mają swoje tradycje i wpisują się również w kulturę narodową. Tworzą czynniki, który wyróżniają naród spośród innych. Dlaczego zatem narody dążą do zachowania, utrwalenia własnej podmiotowości, czy do zdobycia własnej podmiotowości politycznej w postaci państwa. Okazuje się  doświadczalnie, że własne państwo, jako ta polityczna forma występowania (jawienia się) narodu w stosunku do innych narodów jest najbardziej skutecznym narzędziem ochrony własnej kultury, a także tworzenia jej najlepszych, najbardziej optymalnych warunków rozwoju na przyszłość.
Dzisiaj na przełomie XX i XXI w. coraz częściej z centrum zainteresowania państwa zaczynają schodzić pewne instytucje  związane z bezpieczeństwem wewnętrznym. Tworzy się różnego rodzaju organizacje międzynarodowe zwalczające przestępczość. I słusznie. Świat przestępczy nie zna granic, dlatego trzeba tworzyć tego rodzaju ponadnarodowe struktury. Temu procesowi towarzyszy drugi nurt. A mianowicie nurt coraz większego zainteresowania narodów własną kulturą i promocją własnej kultury na zewnątrz. Współcześnie ukute zostało nawet pojęcie „dyplomacja kulturalna”, okazuje się bowiem, że lepiej promować własny naród poprzez ukazywanie dorobku kulturalnego niż sięganie po tradycyjne formy dyplomacji czy formy prawa międzynarodowego, bądź promowanie go poprzez ukazywanie dorobku gospodarczego. A zatem: jeśli naród jest wspólnotą kultury, jeśli państwo jest tylko pewną formą polityczną funkcjonowania narodu wobec innych kultur, to w takim razie musimy  sobie powiedzieć, że nie ma lepszych i gorszych narodów, nie może być lepszych i gorszych państw, to jest oczywiste. Ta prawda wydaje się banalna z wielkim trudem przebija się do świadomości.
A po 11 września 2001 r. ... czy nie na nowo stoimy przed koniecznością odpowiedzi na pytanie o równowartość kultur, równowartość cywilizacji etc.? Widzimy zatem, że życie stale nas zmusza  do odpowiedzi na te zupełnie podstawowe pytanie. Ale dlaczego właściwie tak bardzo dbamy o własną kulturę, dlaczego staramy się przenieść ją na następne pokolenia, chronić dziedzictwo narodowe. Wydaje mi się, że czynimy to tak uparcie, ponieważ chodzi tu o godność człowieka. Nie można mówić o godności człowieka, nie da się budować godności człowieka poza kulturą. Nie da się wychowywać dzieci poza kulturą własną i nie da się umierać poza własną kulturą.  Dzieje się tak, ponieważ do własnej kultury mamy największe zaufanie. Szanujemy inne kultury, możemy się wiele od  nich uczyć, ale największym zaufaniem obdarzamy własną tradycję, przenoszoną z pokolenia na pokolenie. Tu zatem należy poszukiwać istoty państwa.
Jeśli państwo ma służyć godności człowieka – a nie chodzi tu przecież o nią samą – trzeba tworzyć całą masę różnego rodzaju czynników, struktur, które tę godność pozwalają budować. Jeśli nie da się budować godności poza kulturą i jeśli kultura jest tworzywem narodu i środkiem komunikowania się z innymi narodami, jeśli narody współcześnie poszukują własnego państwa po to, żeby lepiej chronić własną kulturę, własną godność, to możemy powiedzieć tak: na początku XXI wieku (mówię to z całą świadomością rozwojowych uwarunkowań ekonomicznych, politycznych, militarnych etc.) - najważniejszą rzeczą jest kultura. Brzmi to może paradoksalnie i tak trochę romantycznie, ale tak naprawdę nie da się zrozumieć współczesnego państwa bez takiego ciągu rozumowego. Ekonomia jest ważna, wojsko jest ważne, policja jest ważna – ale to wszystko są tylko instrumenty i musimy mieć świadomość, że to są instrumenty a nie cele same w sobie.

Pomocniczość i decentralizacja
Jeśli tak, to w takim razie musimy na nowo określić relacje pomiędzy obywatelem a władzą publiczną (władzą  państwową). Jest to ten drugi z elementów niezwykle ważny w definicji państwa. Tutaj trochę intuicyjnie, nie do końca świadomie, przyjęliśmy, że władza publiczna w Polsce musi być zorganizowana na zasadzie pomocniczości i decentralizacji. Zasada pomocniczości trwale wprowadzona do społecznej nauki Kościoła i która dzisiaj stanowi podstawę działania Unii Europejskiej, bo w art.3 Traktatu z Maastricht wyraźnie się ją wymienia, najogólniej rzecz biorąc polega na tym, że ponieważ człowiek  jest odpowiedzialny za swe własne życie, to wszystkie inne struktury, które są poza nim i jego rodziną, powinny pomagać mu w wypełnieniu jego misji.  A zatem wszystkie te sprawy, które wymagają podjęcia, a których on sam  nie może z różnych powodów niejako unieść, muszą być prowadzone przez struktury publiczne funkcjonujące najbliżej jego samego. A dopiero wówczas kiedy on sam, jego rodzina i najbliżej w stosunku do niego położona struktura publiczna nie jest w stanie rozwiązać jakiegoś problemu, dopiero wówczas można decyzje w tym zakresie przenieść na wyższy poziom organizacji publicznej. A zatem jeśli jakiegoś problemu nie jesteśmy w stanie rozwiązać we własnym, rodzinnym kręgu, np. w zakresie edukacji (dzisiaj rzadko kogo jest stać na samodzielne kształcenie dzieci), w takim razie powinniśmy powołać szkołę, która będzie tworzyła warunki do edukacji młodego pokolenia. Ale to nie jest obowiązek państwa, struktur publicznych, tylko to jest obowiązek rodziców. Zatem rodzicom trzeba stworzyć takie warunki, żeby mogli najlepiej wykonywać swoje edukacyjne obowiązki wobec dzieci. Powinno się więc tworzyć jak najlepsze ramy prawne i finansowe do powstawania szkół prywatnych, zakładanych przez samych rodziców, czy przez ich organizacje, kościoły. Niestety, w 1990 r., kiedy rozważano praktyczne zastosowanie tej zasady w odniesieniu do szkolnictwa zwyciężył pogląd, że szkoły prywatne nie powinny mieć dotacji państwowych wyższych niż 50%. Zwyciężył lęk, że tylko ludzie bogaci będą tworzyli takie szkoły i jeszcze będą mieli dotacje z kasy państwowej, a zatem prowadzić to będzie do szybkiego rozwarstwienia społeczeństwa.  A zatem, jeśli nie szkoła prywatna, to w takim razie gmina powinna zajmować się szkołą podstawową, bo gmina jest najbliżej obywatela zgodnie z tą zasadą pomocniczości. Dopiero wówczas, gdy gmina nie jest w stanie rozwiązać jakichś problemów edukacyjnych np. w zakresie szkoły ponadpodstawowej, czy wyższej,  dopiero wówczas powinien być włączany powiat, dalej – województwo, a w rękach rządu centralnego zostaną wówczas tylko jakieś wyspecjalizowane programy, wyspecjalizowane uczelnie. Np. uniwersytety, politechniki są na garnuszku rządu centralnego, chociaż jest to tradycja pruska, przeniesiona później do Rosji; nasze uniwersytety dziedziczą niestety tę złą tradycję i nie potrafimy pójść w kierunku tradycji anglosaskiej, w której przecież najlepsze uniwersytety nie są na garnuszku państwowym i okazuje się, że potrafią znakomicie funkcjonować i kształcić świetne społeczeństwo i specjalistów, dbać o wysoki poziom dyplomów, a także o poziom tytułów naukowych, które tam się przecież zdobywa i do tego wcale nie jest potrzebny rząd centralny.  W identyczny sposób działanie tej zasady możemy prześledzić w dziedzinie opieki społecznej. A zatem najpierw człowiek sam, rodzina, a dopiero kiedy poziom jednostkowy okaże się niewydolny, wtedy włączać się powinny różnego rodzaju stowarzyszenia, organizacje, Kościół. Dopiero wówczas, gdy nie jesteśmy w stanie rozwiązać pewnych problemów związanych z opieką społeczną na poziomie rodziny czy organizacji społecznych, kościelnych, wtedy użyjemy - zgodnie z zasadą pomocniczości - struktury państwa, które mają pomagać obywatelom w samodzielnym przede wszystkim rozwiązaniu tych problemów. Każda wyższa struktura w tej hierarchii może się zajmować tylko wtedy jakąś sprawą, jeśli nie jest w stanie skutecznie jej rozwiązać struktura niżej położona w hierarchii. A zatem to nie jest tak, że to parlament, rząd, innymi słowy – że to centrum przekazuje w dół jakieś kompetencje. To jest tak, że tworzy się struktury, które w sposób najbardziej efektywny mogą pomagać człowiekowi (rodzinie) w rozwiązywaniu problemów, których on nie jest w stanie rozwiązać samodzielnie. I właśnie według tej zasady staramy się budować państwo od 1989 roku.
Druga zasada to zasada decentralizacji, tj. tworzenia pewnych struktur publicznych (państwowych) poza strukturą rządową sensu stricto, które potrafią rozwiązać pewne problemy lepiej od rządu centralnego i stąd samorząd terytorialny. A zatem można powiedzieć tak, że samorząd jest strukturą państwowa par excellence.
Proszę zwrócić uwagę, że na organizacje społeczne, które wy reprezentujecie mówimy organizacje pozarządowe ale nie użyjemy tego określenia w odniesieniu do rady gminy czy powiatu.  Gmina, powiat, województwo to organizacje rządowe. Pod pojęciem rządu rozumiemy nie tylko rząd centralny; obejmujemy nim całą strukturę władzy wykonawczej w państwie. Dzielimy władzę w państwie na ustawodawczą (Sejm, Senat – parlament), władzę wykonawczą – prezydent, rząd oraz władzę sądowniczą. W segmencie władzy wykonawczej musimy widzieć wszystkie struktury władzy publicznej, samorządowej. 90% wszystkich zadań lokalnych, zdecentralizowanych wykonują dzisiaj samorządy terytorialne. Ale to nie są jedyne struktury rządowe, państwowe. (W potocznym rozumieniu słowo „państwowe” odnosimy do centralnego systemu państwa.) Państwo to są wszystkie struktury. Te struktury publiczne zdecentralizowane w bloku władzy wykonawczej to nie  jest tylko samorząd terytorialny, ale także samorząd gospodarczy. Samorząd gospodarczy nie stanowi organizacji pozarządowej, tylko jest organizacją rządową, ponieważ wykonuje ustawy w odniesieniu do sektora gospodarczego.
Mamy obecnie kłopoty z samorządem ubezpieczeniowym – kasy chorych miały być izbami samorządu ubezpieczonych – tj. osób, które ubezpieczyły się na wypadek choroby. Tak się nie stało, bo tutaj na skutek różnego rodzaju politycznych zawirowań ale także braku jasności w tych najbardziej podstawowych definicjach Kasy Chorych stały się ciałami, które mając swoją osobowość prawną są jednocześnie zależne od samorządu terytorialnego. Sejmiki wojewódzkie powołują rady nadzorcze Kas Chorych – ten eksperyment się nie udał, i nie mógł udać się od początku, dlatego, że nie można samorządu ubezpieczonych, jakim jest ogół wszystkich ubezpieczonych obdarzać władzą, która pochodzi z innej struktury publiczno-prawnej, jaką jest samorząd terytorialny. Będąc blisko samorządu terytorialnego od początku przestrzegałem, że nie można samorządu terytorialnego wojewódzkiego wyposażać w kompetencje w stosunku do ubezpieczonych zdrowotnie, dlatego, że jest to rodzaj sprzeczności wewnętrznej. Nie ma jeszcze ciągle w Polsce samorządu gospodarczego, ciągle trwa jeszcze dyskusja, jaki charakter powinien on mieć. Proces decentralizowania państwa i organizowania go według zasady pomocniczości nie został więc, jak widać, zakończony.

Pro publico bono
Na koniec chciałbym zatrzymać się przy organizacjach pozarządowych, a więc przy wszystkich organizacjach społecznych, które funkcjonują w przestrzeni pomiędzy obywatelem a władzą publiczną. Władza publiczna, samorząd terytorialny, samorząd zawodowy źródła swojego finansowania mają w budżecie państwa, w podatkach. Ale oprócz tego jest ta cała strefa działalności społecznej, bez której państwo zostanie tylko  skorupą pewnej struktury, jeśli przestrzeń pomiędzy władzą publiczną a jednostką, rodziną nie będzie wypełniona przez system dobrowolnie tworzonych organizacji społecznych. W tym znaczeniu wszystkie organizacje prywatne są organizacjami działającymi na rzecz dobra wspólnego. A czasami nawet lepiej wykonują swoje funkcje niż organizacje państwowe; w praktyce tak często się zdarza. Jeśli podstawowym zadaniem państwa jest obrona własnej kultury, to powiem, że państwo polskie wielokrotnie zawodziło w dziedzinie ochrony własnej kultury, a jakże wspaniale sprawdzały się różne organizacje społeczne, prywatne, różnego rodzaju fundacje, ordynacje, które potrafiły przekazać następnym pokoleniom dorobek  poprzednich wieków. Weźmy tu na przykład wielką pracę pani Lanckorońskiej, która przechowała całą masę wartościowych, ważnych dla tradycji naszego narodu dzieł sztuki, które teraz przekazuje państwu w zupełnie innych już warunkach.  Pani Profesor była osobą, która efektywnie w pojedynkę więcej zrobiła dla państwa polskiego niż cała masa instytucji państwowych, ministerstw, etc.
Musimy więc odwrócić hierarchię: to nie obywatele są na dole a władza na górze  - odwrotnie: w centrum państwa są obywatele, ich organizacje. Natomiast rzeczą władzy publicznej jest wspierać obywateli, ich organizacje, tworzyć warunki dla swobodnego działania. Na końcu tej hierarchii jest minister, który po łacinie znaczy sługa, o czym warto naszym ministrom jak najczęściej przypominać.
Dziękuję bardzo za uwagę.


Podjąć łaskę „bierzmowania” ruchów i stowarzyszeń
Bp Piotr Libera
Sekretarz Generalny Konferencji
Episkopatu Polski
Słowo wygłoszone do Księży Delegatów ds. Ruchów i Stowarzyszeń Katolickich w diecezjach w 21 listopada 2001 r.

1. Bardzo serdecznie pozdrawiam delegatów i asystentów ruchów i stowarzyszeń kościelnych z poszczególnych Diecezji przybyłych  na  spotkanie w Sekretariacie KEP. Wśród uczestników dzisiejszego spotkania miło mi pozdrowić Księdza Biskupa Mieczysława Cisło, Delegata Episkopatu ds. Ruchów Katolickich i zarazem Asystenta Rady Katolików Świeckich. Pozdrawiam O. Adama Schulza, przewodniczącego Ogólnopolskiej Rady Ruchów Katolickich oraz rzecznika Konferencji Episkopatu Polski. Uważam za rzecz wymowną fakt, iż biskupi polscy powierzyli odpowiedzialne stanowisko rzecznika właśnie osobie związanej od lat z ruchami kościelnymi. Biskupowi Mieczysławowi i O. Adamowi dziękuję za zaproszenie mnie na to spotkanie.

2. Dzięki temu zaproszeniu sekretarz KEP ma okazję poznać i pozdrowić osoby odpowiedzialne w Kościołach lokalnych za Ruchy i Stowarzyszenia Katolickie. Pragnę, aby za Waszym pośrednictwem moje pozdrowienie dotarło do wszystkich Ruchów, Stowarzyszeń i środowisk jakie reprezentujecie. Korzystając z dzisiejszej sposobności chcę wyrazić szczerą wdzięczność i uznanie za dobro, jakie dokonuje się za pośrednictwem Ruchów w polskiej rzeczywistości w wymiarze eklezjalnym i społecznym. Jest to zaś najczęściej dobro realizowane w ciszy, w ukryciu, bez błysków fleszy i hałaśliwej kampanii reklamowej.

3. Moja obecność wśród Was – Moi Drodzy – nie jest li tylko zwykłą wizytą kurtuazyjną, lecz jeszcze jednym znakiem stale rosnącego znaczenia ruchów katolickich we współczesnej rzeczywistości zarówno kościelnej, jak i społecznej. Warto tu choćby wymienić podejmowane z inicjatywy Rady Ruchów różne cenne inicjatywy, jak np. tzw. „biały tydzień”, czy też działania zmierzające do integrowania naznaczonej podziałami tkanki naszego społeczeństwa. Dzisiejsze spotkanie w Sekretariacie KEP jest kolejnym sygnałem wzrastającej wrażliwości biskupów polskich na niezwykły dar Ducha Św., jakim są współczesne ruchy kościelne. Jako biskupi coraz bardziej uświadamiamy sobie, iż ruchy należą do trwałych i podstawowych form życia kościelnego. Przejawem tego były np. kongresy ruchów kościelnych zwołane z inicjatywy biskupów w wielu polskich Diecezjach. Zorganizowany przed rokiem w Warszawie II Kongres Ruchów i Stowarzyszeń Katolickich, uświadomił nam jeszcze mocniej, że ruchy są szkołą formacji sumień, nadają Kościołowi w Polsce nową dynamikę ewangelizacyjną, animują apostolat Kościoła i kształtują życie społeczne. Nie są więc one jakąś „przybudówką”, ale należą do istoty współczesnego Kościoła.

4. Na ożywienie zainteresowania ruchami wpłynęło niewątpliwie światowe spotkanie ruchów kościelnych z Ojcem Świętym w Watykanie w maju 1998 r. Choć jednocześnie uważam, że niestety nie do końca dotarło do naszej świadomości znaczenie tego wydarzenia. Poza bowiem samym odnotowaniem tego faktu mam wrażenie, że Kościół żyjący nad Wisłą – księża, biskupi, osoby konsekrowane i świeccy – nie odczytali dogłębnie tego, co Duch chciał powiedzieć nam przez to historyczne wydarzenie. A przecież Duch Św. przez posługę Jana Pawła II dokonał tam na Placu Św. Piotra jakby uroczystego „bierzmowania” ruchów i wspólnot, które otrzymały  pieczęć swojej chrześcijańskiej i kościelnej dojrzałości.

5. Korzystając z okazji jaką mi daje dzisiejsze spotkanie z Wami chcę zaapelować do Was o wysiłek ciągłego zgłębiania znaczenia rzymskiego zgromadzenia ruchów kościelnych wokół „Piotra naszych czasów”. Są to bowiem owe „magnalia Dei” (wielkie dzieła Boże), jak je nazywa Ojciec Święty. Stąd trzeba o nich mówić, trzeba do nich wracać, z nich czerpać twórczą inspirację. Przesłanie zawarte w tym wydarzeniu sprzed trzech lat, zachowuje – Moi Drodzy – całą swą aktualność w świetle najnowszych wskazań Jana Pawła II zawartych w jego Liście Apostolskim „Novo Millennio Ineunte” z 6 stycznia 2001 r., gdzie Papież mówi wręcz o „obowiązku popierania różnych form zrzeszania się, zarówno tradycyjnych, jak i nowszych ruchów  kościelnych, ponieważ nadają one Kościołowi żywotność, która jest darem Bożym i przejawem prawdziwej wiosny Ducha” (nr 46).
Życzę, Drodzy Moi, aby Wasza codzienna praca w Diecezjach jako asystentów i delegatów, a także dzisiejsze spotkanie w Sekretariacie pomogły wypełnić ten obowiązek, o którym przypomniał nam Jan Paweł II, Szczęść Boże!


Inspiracje

Chrześcijański kształt patriotyzmu

Wstęp

Ożywienie postaw patriotycznych i poczucia świadomości narodowej, które obserwujemy w Polsce w ostatnich latach jest zjawiskiem bardzo pozytywnym. Miłość ojczyzny, umiłowanie rodzimej kultury i tradycji nie dotyczy bowiem wyłącznie przeszłości, ale ściśle się wiąże z naszą dzisiejszą zdolnością do ofiarnego i solidarnego budowania wspólnego dobra.

Papież Franciszek na Wawelu, 27.07.2016

Panie Prezydencie, Czcigodni przedstawiciele władz,
Szanowni Członkowie Korpusu Dyplomatycznego,
Wasze Magnificencje, Szanowni Państwo,

Pozdrawiam z szacunkiem Pana Prezydenta i dziękuję mu za wielkoduszne przyjęcie oraz uprzejme słowa. Z radością pozdrawiam dostojnych członków Rządu i Parlamentu,

 Rolą duchownego nie jest mówienie świeckim, co mają mówić i robić w życiu publicznym - wskazał papież Franciszek w liście do kard. Marca Ouelleta, przewodniczącego Papieskiej Komisji ds. Ameryki Łacińskiej. Zawiera on papieskie refleksje po marcowym zgromadzeniu plenarnym Komisji, poświęconym „niezbędnemu zaangażowaniu wiernych świeckich w życie publicznym państw latynoamerykańskich".