Ekumenizm


- Spotkanie Plenarne RRK
- Kościół i kościoły. Drogi i bezdroża polskiej ekumenii,
ks. prof. Alfons Skowronek
- „Aby wszyscy stanowili jedno”,
ks. prof. Alfons Skowronek
- Ruchy katolickie a ewangelizacja poprzez środki społecznego przekazu,
ks. bp Jan Chrapek
- O pracy Rady Ruchów Katolickich,
o. Adam Schulz SJ
- Propozycja zwołania Kongresu Ruchów Katolickich

- Kronika wydarzeń w ruchach i stowarzyszeniach
- Informacje



Spotkanie Plenarne RRK

Kolejne spotkanie plenarne Rady Ruchów Katolickich odbyło się w Warszawie 23 stycznia br. Wzięli w nim udział liderzy 25 ruchów, stowarzyszeń i organizacji katolickich. Tym razem gościem spotkania był ks. prof. Alfons Skowronek, wybitny specjalista w dziedzinie dialogu ekumenicznego, który wygłosił konferencję zatytułowaną „Kościół i kościoły - drogi i bezdroża polskiej ekumenii”.  W dyskusji, jaka nastąpiła po wygłoszeniu konferencji, wspólne było przekonanie uczestników, że dzieło ekumeniczne, aczkolwiek najlepiej udaje się na poziomie duchowym, winno być podejmowane także na innych poziomach.
Następnie wiceprzewodniczący Sekretariatu RRK, o. Adam Schulz SJ podsumował 2 lata pracy, jakie minęły od zainicjowania działalności Rady.
W czasie tegoż spotkania Zespół Synodalny RRK przedstawił propozycję zorganizowania na początku czerwca 1994 roku ogólnopolskiego Kongresu Ruchów Katolickich. Ustalono, że bardziej szczegółowa koncepcja Kongresu, będzie wypracowana w grupach roboczych Zespołu Synodalnego i zostanie przedstawiona na następnym spotkaniu plenarnym RRK - 5 czerwca 1993 roku.
Dalsze tematy spotkania obejmowały sprawy związane z możliwościami współpracy ruchów z mass-mediami. O. Andrzej Koprowski SJ, dyrektor Redakcji Programów Katolickich TVP, zaproponował ruchom współpracę w realizacji cyklu programów przedstawiających ruchy. Poinformował o możliwości zamieszczania informacji w telegazecie (ogląda ją ok. 3 mln odbiorców). Przedstawiony został również program kursu dla dziennikarzy ze środowisk ruchów katolickich, poszerzonych o środowiska samorządowe, który Rada Ruchów Katolickich opracowała wspólnie z OCIPE (Katolicki Ośrodek Informacji i Inicjatyw Europejskich) i ks. bp Janem Chrapkiem. Organizacji kursów podjęło się OCIPE.


Kościół i kościoły. Drogi i bezdroża polskiej ekumenii - ks. prof. Alfons Skowronek
Konferencja wygłoszona podczas spotkania RRK 23 stycznia 1993 r.

Przed kilku laty Akademia Teologii Katolickiej w Warszawie zorganizowała sympozjum wokół szeregu tematów związanych z Drugim Soborem Watykańskim. Jeden z referentów, ks. Zdzisław Tranda, biskup ewangelicko-reformowany, powołał się na pewną publikację szwajcarską, której autor stwierdzał, iż w Polsce ekumenia tkwi jeszcze „w krótkich spodenkach” (in den Kinderschuben). Tę niezbyt salonową wypowiedź można by zbagatelizować w sensie znanego wersetu biblijnego: „Jeśli się nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 18,31). Tak rudymentarnie fundamentalistycznego spojrzenia na rzecz nie chciałbym jednak przypisywać naszym szwajcarskim przyjaciołom. Ich wypowiedź poświadcza raczej ambicje pewnego wglądu w naszą sytuację ekumeniczną. Z wymienioną kwalifikacją nie chciałbym tu dyskutować, lecz raczej ją jeszcze wyostrzyć uciekając się nawet do określonej a świadomej przesady, ażeby zawiązać prawdziwą dyskusję, ją sprowokować i rozpalić. Pewnie, z o wiele większą satysfakcją wolałbym słuchać następującej diagnozy ze Szwajcarii: Polakom czym prędzej przesłać winniśmy płozy do hamowania, albowiem tempo polskiej ekumenii jest zawrotne.

Zauważmy po drodze, że również w Kraju Reformacji sprawa ekumenii nie zdaje się wyglądać wiele lepiej. Pewien znakomity teolog niemiecki mówił mi ostatnio, iż nie powinniśmy ulegać iluzjom: także i w Niemczech ekumenia jest li tylko sprawą cienkiej warstwy teologów-fachowców; zatrważająco znikoma jest znajomość rozlicznych wyników dialogów bi- i multilateralnych prowadzonych między Kościołami.
Wróćmy jednak do diagnozy o „krótkich spodenkach”, a raczej owych „dziecięcych trzewiczków”. Chciałbym ją jeszcze prześcignąć, również sięgając po obraz, w sposób następujący: ekumenia polska nie ma na swoich nogach nawet trzewików dziecięcych; biega na bosaka, jak sierota, tu i tam boleśnie raniąc sobie stopy.
Tę na pozór karkołomną tezę pragnę obecnie nieco oświetlić, przy czym w żadnym wypadku nie chciałbym zgrywać się jako wieszcząca nieszczęścia Kasandra. Postąpię raczej dialektycznie, to znaczy wskażę na szereg pozytywnych elementów w rozwoju naszej rodzimej ekumenii przeplatając je jednocześnie krytycznymi uwagami i pytaniami. Ta krytyczna ocena sytuacji mogłaby, sądzę, wpłynąć zapładniająco na dalszą ekumeniczną współpracę. Wymienioną tezę zilustrujmy paradygmatycznie w dziesięciu punktach:

1. Po żmudnych staraniach polskiej Konferencji Biskupów, która przez długie lata zabiegała o nawiązanie oficjalnego kontaktu z Polską Radą Ekumeniczną (PRE), utworzona została wreszcie w roku 1977 Podkomisja do Spraw Dialogu z PRE. Komisja ta zbiera się odtąd dwa do trzech razy w roku. W pierwszej rundzie rozmów z powodzeniem dyskutowaliśmy sprawę ważności chrztu. Obecnie debatujemy m.in. nad problemem tzw. małżeństw mieszanych.
Krytycznie można by tu podnieść zastrzeżenie, iż naszym posiedzeniom brak - dziwnie to zabrzmi - ekumenicznej radości, która, tak wydawałoby mi się osobiście, sama z siebie zapanować winna w naszym gronie, ponieważ wreszcie zasiąść możemy przy wspólnym okrągłym stole. Predominuje jednak atmosfera wzajemnej nieufności. Partnerzy dialogu zdają się raczej pilnie baczyć, by niczego nie oddać co swoje, wychodząc z fałszywej przesłanki, iż kompromisy mogłyby kompromitować. Jeden raz dialog załamał się całkowicie, przez dwa lata nie spotykaliśmy się w ogóle, ponieważ Kościół Ewangelicko-Augsburski odwołał z komisji swych delegatów. Powód: zajścia wokół ewangelickich budowli sakralnych na Mazurach. Tutaj w sposób bolesny pokazało się, na jak słabych nogach stoi nasza gotowość do prowadzenia dialogu, że dialog nie ma na swoich stopach nawet bucików dziecięcych. Albowiem w sytuacjach kryzysowych dialog winien być przecież zwielokrotniony i zintensyfikowany. Rozmowy właśnie wtedy winny być prowadzone do upadłego, dopóty, dopóki obie strony nie osiągną wyswobadzających i efektywnych rezultatów. Na znak protestu komunikacja została tymczasem gwałtownie przecięta, dochodziło do wzajemnych potępień: Tam zaś, gdzie komunikacja wynaturza się w eks-komunikację, tam skończyła się również komunia, czyli wspólnota.

2. Wydarzeniem świeższej daty w polskiej ekumenii było powołanie do życia wybitnie ekumenicznego kwartalnika, „Studia i dokumenty ekumeniczne”, którego pojawienie się nastąpiło w trudnym okresie historii Polski ostatnich lat. Sytuacje zapalnych kryzysów zwykły pobudzać ducha wynalazczości. Wymieniony periodyk powołany został do istnienia w 1982 roku, a więc w czasach najgorszego oblężenia stanu wojennego w kraju. Czasopismo ukazywało się zadziwiająco regularnie, wypełnione było interesującymi przyczynkami, informacją o ekumenii w kraju, jak i poza jego granicami. Po przetrwaniu ery komunistycznej obiecujący ten periodyk załamał się z przyczyn finansowych, tuż u progu upragnionej demokracji (czwarty zeszyt 1989 był jego ostatnim numerem).
A jednak i tutaj gromadzą się spostrzeżenia krytyczne, z których wymienić należałoby przynajmniej dwa. Episkopat Polski zdawał się dystansować od tego przeglądu ekumenicznego. Znana jest dyrektywa, w myśl której współpracować z tym fachowym organem mogli katolicy świeccy, księża natomiast raczej winni się powstrzymać. Przypuszczalne uzasadnienie: patronem i właścicielem tego czasopisma było Chrześcijańskie Stowarzyszenie Społeczne (później Unia Chrześcijańsko Społeczna, dzisiaj ledwie mogąca się pozbierać), której postawy polityczne faktycznie nie były bezproblematyczne, mimo iż wymienione czasopismo ekumeniczne w najmniejszym stopniu w tę politykę się nie angażowało. Drugi cios wymierzony został organowi z innej strony: nasi bracia ewangelicy nigdy nie zaprzyjaźnili się z tym periodykiem. Jeden z jego redaktorów, luterski chrześcijanin świecki, mówił mi, iż prośby kierowane do teologów ewangelickich o napisanie okazyjnych artykułów były zabiegami syzyfowymi.
W takiej konstelacji znaków czasu organ ukazywał się, optycznie biorąc bez tarć, oddychał jednak tylko jednym płucem: głównie przynosząc przekłady artykułów teologów zachodnich, nad czym w zasadzie ubolewać nie należało. Polscy chrześcijanie nie mieli natomiast nic lepszego do roboty, niż spierać się o to, na papierze, jakiej proweniencji byliby gotowi uruchamiać swe pióra i to w sytuacji ogromnie ograniczonych możliwości publikacji. Kan. 83l par. 1 nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego mówi tymczasem w tym kontekście, że duchowni muszą ubiegać się o zezwolenie ordynariusza miejsca tylko w jednym wypadku, gdy mianowicie chcieliby zamieszczać swe przyczynki w „dziennikach, czasopismach lub periodykach, które wyraźnie atakują religię lub dobre obyczaje”.

3. Inny przykład. Z okazji trzeciej wizyty Jana Pawła II w Polsce (1987), połączonej z otwarciem Drugiego Polskiego Narodowego Kongresu Eucharystycznego, Wydawnictwo NOVUM (również agenda Stowarzyszenia Chrześcijańsko-Społecznego), wystartowała z inicjatywą wydania w formie książki trójgłosu na temat aktualnej sytuacji ekumenicznej w zagadnieniach Eucharystii -stanowiska katolickiego, prawosławnego i ewangelickiego. Redaktorzy tego przedsięwzięcia mówili mi gorzko rozczarowani, iż zwracali się byli do sześciu czy nawet ośmiu teologów ewangelickich; wszyscy jak jeden mąż poodmawiali. Książka ukazała się jako dyptyk, z przyczynkami prawosławia i katolicyzmu.

4. Te nieco szare spostrzeżenia niechby rozświetlił jeden barwniejszy błysk. Polski Kościół Ewangelicko-Reformowany od dziesięcioleci wydaje swe kościelne czasopismo miesięczne „Jednota”. W periodyku tym w ostatnich latach zaobserwować można ekumeniczny zwrot: informuje to pismo w sposób bezstronny o ekumenii i otwiera swe szpalty dla chrześcijan innych Kościołów. To otwarcie się ściągnęło na Kościół Reformowany krytykę określonych czynników w latach realnego socjalizmu; Kościół ten pewnie utracił też względy tychże instancji od administrowania religią w naszym kraju. Reformowani nie pozwolili jednak się zwieść i kroczyli dalej obranym szlakiem. Podążmy dalej za losami naszej nie-utrzewiczonej ekumenii.

5. Akademia Teologii Katolickiej zaaranżowała w roku 1982, w najbardziej ciężkim okresie stanu wojennego, międzynarodowe sympozjum z okazji 500 urodzin Marcina Lutra (na rok przed jubileuszem właściwym). Zaproszeni zostali i głosili swe referaty także luterolodzy z kraju Reformacji (między innymi H.Thielicke, R.Slenczka, O.H.Pesch, H.Schiitte). Zaplanowano również aktywny udział jakiegoś luteranina polskiego. Od samego początku myślałem o biskupie luterskim, ks. Januszu Narzyńskim. Kiedy z tego zamiaru zwierzyłem się wobec niektórych z moich kolegów luteran, ci jęli mi radzić, ażebym odstąpił od tego zamysłu, albowiem on i tak nie przyjmie wymienionej propozycji. Tę ewentualność sprawdzić muszę osobiście, brzmiała moja odpowiedź. I oto, przez biskupa przyjęty zostałem serdecznie, a nawet bardzo ciepło; przedstawioną mu ofertę przyjął bez dyskusji. Ze sceny, konkretnie z ambony warszawskiego kościoła garnizonowego - gdzie toczyły się posiedzenia naszego sympozjum - świątyni pod wezwaniem Maryi Królowej Polski, rozbrzmiewało słowo biskupa luterskiego (w Polsce wszystko jest możliwe). Trwające ponad 70 minut wystąpienie rozwijało frapujący temat: „Recepcja Marcina Lutra w Polsce”. Wśród licznych odczytów, jakie głoszono w trakcie naszego sympozjum, wykład biskupa był jedynym expose wyróżniającym się swą treścią kontrowersyjną. Tok myśli przebiegał, ogólnie rzecz biorąc, wedle starego a problematycznego wzoru: dobrzy protestanci i źli katolicy. Mówcę kilkakrotnie prosiłem o skrypt referatu, którego jednak otrzymać nie mogłem, tak że jego przyczynku brak w książkowym wydaniu naszego sympozjum (ukazała się również jego wersja w języku niemieckim, Martin Luther in okumenischer Reflexion, Warszawa 1984).

Wspominam o tym zdarzeniu nie dlatego, by ks. biskupa, którego cenię, krytykować. Absit! (Zresztą, nastąpił u niego nieoczekiwanie ekumeniczny zwrot: 31 stycznia 1991 w kościele św. Marcina w Warszawie w czasie Eucharystii głosił on homilię oświadczając m.in.: Papieża w stylu Jana Pawła II uznać mogliby luteranie; biskup ustawił się w „150 %” za ekumenią! W kilka tygodni później złożył swój urząd biskupi). Referowany tu fakt, owo podejście teologiczno-kontrowersyjne, skłania mnie do pewnej ekumenicznie ukierunkowanej refleksji. Nie mam nic przeciwko teologii kontrowersyjnej. Przeciwnie, chętnie sam przypisałbym sobie tytuł jej protagonisty. Albowiem: do najważniejszych zadań teologii kontrowersyjnej należy przecież wytworzenie sobie jasnego i ostrego wglądu w istotę wyznaniowych różnic, z tym jednak - i tu leży pogrzebany teologiczno-kontrowersyjny pies - przy owych różnicach, których odkrycia się dokonało, nie wolno nam się zatrzymywać, lecz należy natychmiast przejść do ekumenicznej teologii. Trzeba mianowicie wskazać i nieznużenie demonstrować niezliczone elementy wspólne i łączące (które zresztą zdecydowanie górują nad wszystkim, co nas jeszcze może dzielić!). Nie tracąc różnic z oczu, konstruować należy dowód, iż zróżnicowanie to, jeśli przypatrzyć się im dokładnie, wcale nie muszą już być czynnikami rozdzielającymi nasze Kościoły. Podążać należy ku różnorodności pojednanej, ku jedności w różnorodności.

6. Również na szczeblu życia akademickiego często zdajemy się występować jako ekumeniczne bosonogi. Między Chrześcijańską Akademią Teologiczną i Akademią Teologii Katolickiej w Warszawie praktycznie nie istnieją żadne godne wzmianki kontakty, konkretnie żadna wymiana profesorów, żadna wymiana studentów. Przed kilku miesiącami mówił mi, z pewną dumą w głosie, jeden z kolegów-ewangelików z berlińskiego uniwersytetu Humboldta, iż wśród swoich studentów ma dwu katolików, którzy od swego biskupa katolickiego (o ile się nie mylę, biskupa z Magdeburga) otrzymali polecenie studiowania teologii ewangelickiej, ponieważ biskup ów potrzebuje w swej diecezji takich ekspertów. U nas, odparłem, w tym punkcie można mówić raczej o istnieniu dźwiękoszczelnego muru. Od pewnej wiarygodnej osoby dowiedziałem się był swego czasu, że kompetentna komórka państwowa (w okresie wszechwładnego wówczas socjalizmu) zasugerowała Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej, by nie angażowała się we współpracę z Akademią Teologii Katolickiej. Sugestia ta zdała się być respektowana. A przy tym bacznie pamiętać należałoby o tym, iż obie nasze wyższe uczelnie teologiczne są instytucjami państwowymi. I któż się tu wyznać raczy!
Pewne kroki próbuję podejmować na własną rękę. I tak od roku akademickiego 1986/87 zobowiązuję na przykład moich studentów do uczestniczenia w dowolnie wybranych zajęciach na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej, naturalnie po porozumieniu się z rektorem tejże uczelni. Studentom zaleciłem udział w jednym z seminariów względnie wysłuchanie określonego wykładu i do złożenia tamże odnośnych egzaminów. Jest to oczywiście ruch jednokierunkowy; o analogicznym ruchu w kierunku naszej uczelni katolickiej nie ma wieści.
Od szeregu lat w Akademii Teologii Katolickiej wykłady na wybrane tematy z teologii ewangelickiej prowadzi luteranin. Myślę także o poproszeniu do współpracy teologa prawosławnego. Jestem bowiem zdania, iż określone problemy teologii nie- rzymskokatolickiej winny być prezentowane przez przedstawicieli odpowiednich Kościołów. I tutaj brak oznak wzajemności.

7. Ponieważ wkroczyliśmy na teren akademicki, podnieśmy z satysfakcją ten znaczący fakt, że na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim od kilku lat czynny jest Instytut Ekumeniczny. Na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie rozwija swą działalność, również od kilku lat, ekumenicznie ukierunkowana specjalizacja. Zarówno moi koledzy z Lublina, jak i ja sam osobiście, jako zorientowany w sytuacji na gruncie Warszawy, ubolewamy nad zastraszającym brakiem zainteresowania dla tej gałęzi teologicznego studium. Osobiście wśród moich słuchaczy prawie że nie mam księży; nie lepiej wiedzie się Lublinowi. Ciągle od nowa przyłapuję się na jałowym pytaniu: Kto i jak wykłada przedmiot teologii ekumenicznej w 50 polskich wyższych uczelniach teologicznych i seminariach duchownych? Z kontaktów z seminarzystami i młodymi księżmi wyziera niesłychana ekumeniczna ignorancja (często idąca w parze z takąż arogancją). Nie rzadko słyszeć można pogardliwie- triumfalistyczną i antysoborową odpowiedź: Ekumenia nie jest sprawą Polaków, niech się o nią troszczą inne kraje. W czasie swej trzeciej pielgrzymki w naszym kraju Jan Paweł II z emfazą mówił tymczasem o priorytecie ekumenii przysługującej polskiej pastoralistyce.
Tego rodzaju kamienie ciskane w mętne wody powierzchownej religijności zataczają wokół siebie dalekie kręgi. Jeżeli - by wymienić jeden tylko przykład - człowiek wyeksponuje zasługi takiego Marcina Lutra, dostatecznie udokumentowaną bystrość jego myśli, jego żarliwą wiarę itd., w dyskusji, albo tylko w jej kuluarach, zderzy się człek z pytaniem, czy aby sam nie pragnie zostać luteraninem. O mnie tu i tam mówi się: Skowronek - tak, ów luteranin, a do tego jeszcze: germanofil, ponieważ głównie muszę zajmować się i cytować teologiczną literaturę niemiecką; w naszej sytuacji rodzimej istne ukąszenie żmii. Gdybym ujawnił większe zainteresowanie prawosławiem, przypięto by mi pewnie etykietkę ortodoksa i rusofila.

8. Przeniesiemy się znów z powrotem na terytorium międzykonfesyjne! Cierniste ostępy polskiej ekumenii współwarunkują, moim zdaniem, nasze skamieniałe schematy myślowe. W oczach ewangelickiego prostego ludu Bożego katolicy to chrześcijanie, którzy wierzą w papieża i w Maryję, podobnie jak i odwrotnie, w świadomości ludu katolickiego protestanci to chrześcijanie, którzy na papieży wyzywają, do Maryi się nie modlą i nie czynią nawet znaku krzyża. Gdy niedawno w pewnej grupie protestantów powiedziałem, że ja osobiście nie wierzę ani w papieża, ani w Maryję (podkreśliłem dokładniej, iż wierzę w jednego Pana Jezusa Chrystusa, który przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się dla nas człowiekiem - co wszyscy wspólnie z naszymi braćmi ewangelikami potwierdzamy w naszym Wyznaniu wiary), zdano się kwestionować moją katolickość. To przecież nie może być prawdą, co on mówi!, odzywały się głosy nieomal oburzone. W pewnej zapadłej wsi, zamieszkałej przez katolików i prawosławnych, ktoś powiedział mi: „Ksiądz nie wyobraża sobie, jak ci chrześcijanie wzajemnie się nienawidzą”, a po chwili zastanowienia się dodał: „a przy tym już więcej nie wiedzą, dlaczego to muszą się tak nienawidzić.”
9. Religijna ignorancja jest u nas zjawiskiem zastraszającym. Onegdaj zapytałem dwu młodych Holendrów o ich wrażenia wywożone z Polski po kilkudniowych po niej wojażach. Otrzymałem odpowiedź, która w uszach zabrzmiała mi osobliwie: W najbliższych latach, wyrokowali pewni siebie (turyści to z reguły najlepsi eksperci!), dojdzie u was do napięć między klerem (łącznie z hierarchią) i świeckimi. Prognoza iście turystyczna, wzięta raczej z powietrza! Predominuje u nas raczej klerykalizm uprawiany i potwierdzany przez samych świeckich, którzy bezpośrednio u duchownych szukają osłony i opieki i to właśnie nawet w sektorze spraw społecznych, i ekonomicznych. Niebezpieczeństwo prawdziwe zagraża ze strony pełzająco-bezszelestnego procesu laicyzacji, wyobcowującego wiernych od spraw Kościoła. Fenomen ten wiąże się między innymi i w dużej części z wymienioną zatrważającą ignorancją religijną, która na obszarze ekumenii napawa troską szczególną. Ażeby wydobyć tylko jeden przykład: W zagadnieniu papiestwa niedoinformowani katolicy nie ułatwiają sprawy niezorientowanym protestantom, gdy uprawiają swego rodzaju kult papieża. Nie tak dawno pewnemu ewangelickiemu pastorowi pokazywałem szereg katolickich kościołów; ciągle stawaliśmy przed prezbiteriami, w których z prawej wisiał wizerunek Czarnej Madonny, a z lewej portret białego papieża (lub na odwrót). Jeszcze bardziej „wzruszająca” była maleńka kapliczka ustawiona na murowanej kolumience, jakich sporo w warszawskich podwórkach: u góry papież, pod nim Madonna, a na samym dole krzyż. Jeżeli taki scenariusz zapiera w piersiach dech katolikowi, o ileż bardziej zagrożony musi przed podobnym sztafażem stawać chrześcijanin niekatolicki! Już pewnie 8 lat temu redakcja miesięcznika „Więź” prosiła mnie o napisanie obszerniejszego artykułu przeciwko polskiej papolatrii (kultowi papieża). Przedsięwzięcie u nas ryzykowne! Przyczynek ukazał się, gdzie, w sposób jednoznaczny rozliczono się z elementami papolatreutycznymi, od tytulatury „Ojciec święty” poczynając.
W swojej tezie o bosej polskiej ekumenii tkwi słowo „dzieci-sieroty” (ekumenii). Hasło to nie jest retoryczną figurą. Od początków zasiadam w Podkomisji do Spraw Dialogu z PRE oraz w innych gremiach i nieomal nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wszyscy partnerzy naszego dialogu czują się mniej lub więcej opuszczeni przez kierownictwa swoich Kościołów. Bezustannie podnoszą się na naszych zebraniach pełne wahań i zabezpieczeń deklaracje, iż uczestnicy dialogów przemawiają li tylko we własnym imieniu (to naturalnie się zgadza i jest słuszne), że nie wiedzą, co w danej sprawie powiedzieliby kierownicy ich Kościołów itd. Ta podtekstualnie niedookreślona atmosfera kładzie się niby cieniem na przebiegu prowadzonych dialogów. Pewien polski biskup niekatolicki z despektem mówi o papieżowej ekumenii w skali światowej. Biskupi katoliccy Polski pewnie tylko dwa lub trzy razy od Vaticanum II w swych listach pasterskich wypowiadali się o ekumenii.

10. I wreszcie pewien aspekt ekumenizmu duchowego. W tym ważnym i najważniejszym sektorze ekumenii spoglądać możemy na udaną współpracę międzykonfesyjną a także ufniej spozierać w przyszłość. Wymienić należy, przynajmniej dla Warszawy, na wielką skalę wspólnie organizowane obchody Światowego Tygodnia Modłów o Jedność Chrześcijan. Duchem owej „communicatio in spiritualibus” (udziału w rzeczach duchowych) wierni owiani są i wręcz porwani do tego stopnia, iż Tydzień Modłów sprawują nieomal przez całe cztery tygodnie: Kościoły zrzeszone w PRE kształtują je we własnej reżyserii, a później i przedtem urządzają je katolicy - naturalnie w oprawie wzajemnych zaproszeń i przy aktywnym uczestnictwie sięgającym tak daleko, iż podczas katolickich celebracji Eucharystii, czyli w czasie Mszy św., homilie głoszone są wyłącznie przez kaznodziejów nie-katolickich (coś podobnego znów możliwe jest pewnie tylko w Polsce!). Przed kilku laty w warszawskiej katedrze prawosławnej na Pradze kazanie głosił, również podczas Eucharystii, kard. Józef Glemp, co u naszych ortodoksów było również wypadkiem bez precedensu. Spokojnie można powiedzieć, iż Tydzień Modłów, poszerzony aż po miesiąc luty, oglądany z zewnątrz przypomina ekumeniczny festiwal. Ks. Bogdan Tranda, brat reformowanego biskupa, o wszystkich tych solennościach zwykł mawiać z dobrodusznym przekąsem jako „ekumenicznym karnawale”. Faktycznie narzuca się myśl: w tygodniach tych ekumenia polska wieszana jest u wielkiego dzwonu, który później znów milknie na dobre, co przypominać zaczyna nawet zakaz dzwonienia.

Na odcinku ekumenizmu duchowego znana jest u nas inicjatywa, którą - w dobrym znaczeniu tego słowa - przypisałbym „Kościołowi oddolnemu”. Pewien katolicki dziennikarz wystąpił z planem ekumenicznych spotkań modlitewnych, które trwać miałyby przez cały okrągły rok. Dla tego przedsięwzięcia szeroko otworzył swe podwoje warszawski kościół reformowany. Inicjatywa zastartowała i gromadzą się tam, już pewnie przez dziewiąty z rzędu rok, chrześcijanie najróżnorodniejszych wyznaniowych orientacji (także adwentyści, którzy do PRE nie należą); w każdy pierwszy poniedziałek miesiąca w świątyni tej rozbrzmiewa wspólnie modlitwa, po której uczestnicy udają się na braterskie rozmowy do pomieszczeń ewangelicko-reformowanego konsystorza. Liczba uczestników waha się między 30 a 300 wiernymi. Jest to, podkreślam, akcja, w którą kierownictwa Kościołów się nie angażują, co uznać można za fakt pomyślny lub też i mniej korzystny.

A jednak bezcenne te inicjatywy modlitewne mogłyby zapuścić korzenie jeszcze głębsze i bardziej rozległe i zyskać zdecydowane wsparcie ze strony zwierzchnictw Kościołów. Mogę tu mówić jedynie z ramienia Kościoła katolickiego. Dyrektorium Ekumeniczne z roku 1967 nawiązuje do Dekretu o Ekumenizmie i wpisuje katolikom w pamięć, że ich poczynania ekumeniczne mają „przebiegać pod nadzorem biskupów”, by następnie wskazać na niewyczerpane możliwości dla modłów zanoszonych o jedność. A zatem: nie tylko Tydzień od 18 do 25 stycznia, lecz także i dni między Wniebowstąpieniem a Zesłaniem Ducha Świętego, dalej dni wokół uroczystości Objawienia Pańskiego, trzy ostatnie dni Wielkiego Tygodnia z upamiętnieniem ustanowienia Eucharystii jako sakramentu jedności i tajemnicy krzyża, oprócz tego wielkie święto Wielkanocy gromadzące razem wszystkich chrześcijan we wspólnej radości Zmartwychwstania, i wreszcie dni ekumenicznych spotkań oraz znaczących wydarzeń ekumenicznych.
Te silnie osadzone akcenty potwierdzają tylko nasze mocne przekonanie, że ekumenia nie jest wydarzeniem marginalnym z obrzeży życia Kościoła, nie jest li tylko jednym z wielu aspektów eklezjologii, lecz stanowi istotny element Kościoła. W określonym znaczeniu Kościoły winny odejść niejako od siebie samych, zarzucić postawę narcystycznego wpatrywania i zapatrzenia się w siebie. W protestantyzmie zabrzmiał głos, że Kościoły musiałyby przyswoić sobie intuicję, iż wspólnie, z innymi Kościołami jak planety krążą wokół Chrystusa jako swego słońca (E. Schlink)...
I na tym pragnąłbym zamknąć moje siłą rzeczy luźne i fragmentaryczne spostrzeżenia. Być może, iż nad polską ekumenią przeprowadziłem sąd nazbyt surowy. Z Ewangelii znany jest nam jednak także święty gniew. „Gniew z miłości” (Zaro aus Liebe) brzmi tytuł pewnej zasługującej na uwagę książki, w której zaawansowani wiekiem mężowie teologii mocno oburzają się nad określonymi objawami życia dzisiejszego Kościoła - w płomiennym zatroskaniu o swój umiłowany Kościół. Z lekką tylko zmianą przyswoić pozwoliłbym sobie słowo wielkiego szwajcarskiego teologa ewangelickiego, Karla Bartha, który swą wypowiedź nasycił treścią ściśle chrystocentryczną i eschatologiczną: „Sąd nie jest unicestwieniem, lecz podźwignięciem” (Gericht ist nicht Veroichtung, sondem Aufrichtung").

Zakończmy modlitwą Karla Rahnera:
„Jedność Kościołów jest naszym zadaniem. I dlatego prosimy: Boże, Twój Duch niech napełni wszystkie Kościoły zbawiennym przerażeniem na widok tego, co wszystkie Kościoły (na różne sposoby, ale bez wyjątku) wyrządziły Ciału Twojego Syna, który jest Kościołem; wyrządziły poprzez żądzę panowania, przez wyniosłość, rozmiłowanie się we własnej opinii, przez brak pełnej miłości tolerancji, przez ciasnotę naszego ducha, który nie potrafi i ścierpieć, że Twoja jedna prawda przepowiadana jest wieloma językami i na wszystkie inne sposoby, w których my ludzie jesteśmy grzesznikami i sadowimy się na miejscu Twojej prawdy.”

ks. prof. Alfons Skowronek


„Aby wszyscy stanowili jedno” (J 17,21)
Homilia wygłoszona podczas Eucharystii na spotkaniu RRK, 23 stycznia 1993 r.


Gdy słuchamy modlitwy Jezusa o jedność tych, którzy weń wierzą, i myślimy o stanie wciąż rozdartego chrześcijaństwa, ogarnąć musi nas głęboki niepokój. Ziemię zamieszkuje dziś ponad jeden miliard chrześcijan, mniej niż jedna czwarta ludności świata. Prócz trzech wielkich Kościołów chrześcijańskich współistnieją obok siebie setki wspólnot wierzących przyznających się do Chrystusa, a mimo to też nie stanowiących jedności między sobą. Ten rozłam chrześcijan był i pozostaje zgorszeniem, z którym pogodzić się nam nie wolno. A Jezus Chrystus Dobry Pasterz spogląda na nas i jakby z wyrzutem modli się do Ojca słowami: „Aby wszyscy stanowili jedno...”
Skandal podziału chrześcijan szczególnie rażąco bije w oczy dzisiaj, gdy obserwujemy niepohamowane wręcz dążności społeczeństw i narodów do jednoczenia się w skali narodowej i międzypaństwowej, w czym niepośredni udział mają chrześcijańskie Kościoły - w Polsce, na Litwie, Łotwie i w Estonii, na Węgrzech, w Czechosłowacji i Bułgarii, w NRD, by wymienić niektóre tylko kraje. Rosnącym i niekwestionowanym autorytetem moralnym w dziele unifikacji, a raczej pojednania świata cieszy się Jan Paweł II, którego imię w czasie polskich spotkań ekumenicznych z szacunkiem często wymieniają nasi bracia z Kościołów niekatolickich, a który to papież nie ustaje przecież w napominaniu katolików, że zaangażowaniu w sprawę jedności chrześcijan przysługuje w Kościele pastoralny priorytet. My katolicy: biskupi, teologowie, duszpasterze i wierni winniśmy przeprowadzić rachunek sumienia: Czy temu naleganiu papieża jesteśmy po prostu wierni?

Stagnacja w ruchu ekumenicznym?
Nie my oczywiście ponosimy winę za powstanie rozłamów w wierze. Zła i smutna była sytuacja Kościoła w wiekach XI i XVI, okresach tzw. wielkich schizm. Musiało być bardzo źle, skoro Marcin Luter, mąż głęboko religijny i żarliwej wiary, papieża nazywać jął antychrystem. Kościół wołał wówczas o swoją odnowę w głowie i w członkach. Św. Klemens Maria Dworzak (Hotbauer), osiemnastowieczny apostoł Wiednia i Warszawy, o sytuacji Kościoła w Niemczech XVI wieku wypowiedział praktyczne słowo: „Do Reformacji doszło dlatego, ponieważ Niemcy chcieli być pobożni”. Dokładnie tego pragnęli wtedy reformatorzy. Pod ciśnieniem tej właśnie potrzeby roziskrzył się reformacyjny impet Marcina Lutra, który to z polemicznym akcentem wycelowanym przeciwko katolickiej czci świętych nawiązuje do Jezusowej myśli uświęcenia (J 17, 17nn), gdy mówi: „Święci tam muszą żyć, gdzie jest słowo (Boże). Jeżeli więc słowo uświęca - a musi przecież uświęcać tam, gdzie jest - tam żyją święci z krwi i kości”. Do tego wyznania reformator dodaje jednak nie bez pewnej rezygnacji: „Chętnie oglądałbym świętych lub żyłbym za czasów św. Augustyna, by popatrzeć na życie świętego”. Wielki Luter, świętych doszukać nie potrafił się również w szeregach swoich profesorów.
Patetyczny to paradoks: W ważnych punktach nauki katolickiej doszło, niestety, do nieprzejednanych przeciwieństw - które w większości wypadków, wiemy o tym dzisiaj dobrze, polegały na nieporozumieniach i zacietrzewieniu stron - wszystko to doprowadziło do wykrystalizowania się, już po Marcinie Lutrze, odrębnych Kościołów.
Miało to miejsce setki lat temu. Odtąd pragnienie restytucji zerwanej jedności w wierze nie milkło. Z niebywałą siłą eksplozywną dało o sobie znać po Drugim Soborze Watykańskim. Wielu było wtedy zdania, że przy pewnym optimum dobrej woli jedność chrześcijan rychło będzie osiągalna. Z nie notowaną euforią dokonywano odkryć, iż łączy nas znacznie więcej niż dzieli. Jedności tymczasem po dziś dzień nie przywrócono i wcale nie zanosi się na to, by zjednoczenie chrześcijan mogło nastąpić jeszcze za naszych dni. Wielu z tego powodu jest zawiedzionych. Mówią o zastoju w ekumenii i w rezygnacji opuszczają ręce. Sądzą, że odpowiedzialne za ten stan rzeczy są zwierzchności Kościołów, ci „u góry”, zastygłe kościelne instytucje i struktury. „Górze” brak określonej elastyczności w chodzeniu na ustępstwa i w zawieraniu kompromisów.
Czy jednak droga do jedności prowadzi poprzez gąszcz kompromisów? Tak jak w życiu gospodarczym i politycznym? Czy o wierze można pertraktować jak za okrągłym stołem? W zagadnieniach wiary chodzi o prawdę na temat Jezusa Chrystusa, o Kościół, o nasze życie jako chrześcijanin w Kościele i z Kościołem. Tu nie może być przetargów, tu można jednak i trzeba z sobą rozmawiać. Badać należy, co dzieli nas rzeczywiście lub tylko pozornie.

Zagadnienie prawdy
Należy więc zapytywać o samą substancję wiary w Jezusa Chrystusa, o fundament, na którym wspólnie stoimy. Pytać należy, czy na tej wspólnej bazie możliwe są zróżnicowane formy życia wiary.
To właśnie dokonuje się na naszych oczach. To nieprawda, że ruch ekumeniczny jest dreptaniem w miejscu. Dialogi i intensywne badania wspólnych komisji i zwierzchnictw Kościołów są kontynuowane. Obserwujemy wspólnie akcje, stanowiska, konwergencje i uzgodnienia. Nie ma tutaj, dzięki Bogu, powodów do zniechęcenia i do frustracji. W ostatnich trzydziestu latach ekumenicznie dokonało się więcej niż na przestrzeni całych stuleci od wymienionych niesławnych schizm. Za niespełna rozumu uważano by jeszcze 20 lat temu chrześcijanina, który by śmiał przewidzieć, że papież wejdzie na ambonę kościoła luterańskiego; uczynił to przed kilku laty Jan Paweł II. A że księża katoliccy dzisiaj głoszą kazania z ambon ewangelickich a ewangeliccy pastorzy nieomal regularnie kierują słowo Boże do katolików i to w czasie Mszy św., to spowszedniało nam już do tego stopnia, iż nawet nie budzi większej sensacji.
Wyliczamy tu przykładowo kilka głównych orientacji dobrej roboty ekumenicznej. Kościół rzymskokatolicki od dwudziestu lat prowadzi rzeczowy i owocny dialog ze Wspólnotą Anglikańską; od z góry dwu dziesiątek lat znajduje się także w podobnym dialogu teologicznym ze Światową Federacją Luterańską; od roku 1967 toczy się dialog ze Światową Radą Metodystów, a od roku 1977 ze Światowym Aliansem Reformowanym; od 1972 roku ze Wspólnotami Zielonoświątkowców, od roku 1977 z Kościołem Chrystusa („Disciples of Christ”), od roku 1984 trwa dialog ze Światowym Aliansem Baptystów; od początku lat siedemdziesiątych prowadzone są dialogii z Kościołami staroorientalnymi, szczególnie z Kościołami koptyjskim i syryjskim; od roku 1980 rozwija się intensywny dialog z Kościołami Wschodu o tradycji bizantyńskiej. Wreszcie - last but not least - Kościół rzymskokatolicki od roku 1965 współpracuje wielostronnie i systematycznie z Ekumeniczną Radą Kościołów. Efektywnym wręcz przykładem wzorcowo prowadzonego i zamkniętego dialogu rzymskokatolicko-ewangelickoluterskiego jest dokument o wzajemnych potępieniach z XVI wieku, jakim wówczas wzajemnie „darzyli się” katolicy i protestanci; klątwy te, stwierdza się, nie dotyczą dzisiejszych chrześcijan obu Kościołów, a w dużej mierze i wtedy polegały na fatalnych nieporozumieniach. Jeżeli dodać, że w roku 1982 ponad sto Kościołów chrześcijańskich podpisało tzw. Dokument z Limy, a w nim wspólną agendę dla sprawowania Eucharystii - wówczas ekumeniści odetchnąć mogą z prawdziwą ulgą.
W Polsce przy Konferencji Episkopatu Polski, działają trzy komisje ekumeniczne: Komisja ekumeniczna, Komisja mieszana (złożona z przedstawicieli Kościoła katolickiego i Kościołów zrzeszonych w PRE) i Podkomisja do spraw dialogu (z Kościołem PRE); z Komisji ekumenicznej wyłoniła się ostatnio osobna Komisja do dialogu z judaizmem.
Tego rodzaju zbliżenia i nawet konsensy wielu napawają satysfakcją i nawet dumą, dla innych wydawać się mogą osiągnięciami bez większego znaczenia. Dla uważnie śledzącego dialogi ekumeniczne chrześcijanina ich rezultaty nie są pozbawione treści wręcz sensacyjnych. Trzeba jednak mimo to powiedzieć, że chrześcijanie zbliżają się do siebie tylko małymi krokami. Jakżeż mogłoby zresztą być inaczej! Któż liczyłby się poważnie z tym, że to, co popsuło się i rozdzierało na przestrzeni dziewięciu względnie blisko pięciu wieków, zostanie zszyte i uszanowane w okresie dwudziestu lat! Wyniosła byłaby jednak postawa, gdybyśmy dzisiaj skłonni byli twierdzić, że na całym długim szlaku historii teologowie i głęboko wierzący chrześcijanie po różnych stronach podziałów wyobcowali się i poróżnili dla błahych powodów, dla nas współczesnych bagatelnych.

Cierpliwość i wytrwałość
Odkryto wiele elementów wspólnych, łączących oddzielonych chrześcijan. Do rozwiązania pozostają jednak poważne różnice w przeświadczeniu wiary, przede wszystkim w zakresie posługiwania duchowego i sakramentów, spraw dotyczących istoty Kościoła. Nie sposób ich tu wyliczać ani komentować. Różnice te nie mogą być zacierane. Nie możemy zachowywać się tak, jakbyśmy już stanowili jeden Kościół - praktykując na przykład bez rozróżnienia tzw. „interkomunię” - mimo iż jednym Kościołem nie jesteśmy. Byłaby to postawa sprzeczna z prawdą i prawdziwością naszej chrześcijańskiej egzystencji. Ekumenii świadczyliby przez to złe usługi.
Jedności w wierze nie da się „zrobić”. Jest ona Bożym darem, darem Ducha Świętego poruszającego serca. O ten dar mamy się modlić. Wezwani jesteśmy do tego szczególnie w Tygodniu Modłów o Zjednoczenie Chrześcijan. Ta modlitwa winna stać się potrzebą naszego serca, ponieważ jest sprawą, która leży na sercu Jezusowi Chrystusowi. Tegoroczny Tydzień tych Modłów przemieszcza nas w wymiar duchowy ekumenii. Potrzebne są tu, wydaje się trzy rzeczy:

Jedność darem Ducha Świętego przez naszą miłość
Najpierw musi w każdym z nas ulec pogłębieniu miłość do Jezusa Chrystusa. Jeżeli chrześcijanin z innego Kościoła również pozwoli na wykrzesanie w sobie żarliwego umiłowania Chrystusa, wówczas wewnętrznie rozłam już został zażegnany. Św. Augustyn mówi o braciach odłączonych swoich czasów: „Naszymi braćmi przestają być dopiero wtedy, gdy przestaną modlić się «Ojcze nasz»”. Przepiękne słowo o duchowej więzi w Jezusie Chrystusie i we wspólnym Ojcu! Współczesna egzegeza Janowej perykopy o jedności (J 17,20-23) jej najgłębszy impuls ekumeniczny widzi nie w tym, jakoby w pierwszym rzędzie reformować należało kościelne instytucje i struktury; najważniejsze jest i pozostaje szukanie głębokiej i wspólnej wiary w Chrystusa i we wspólnocie z Bogiem w świadomości, że ku jedności jako darowi Ducha Świętego podążać należy trwając na modlitwie i w dynamicznej miłości.

... przez naszą pokorę
Jezus pokazuje nam następnie w Ewangelii, w jaki to sposób mamy wychodzić na spotkanie drugiemu człowiekowi. Swoim uczniom Jezus umywa nogi a potem mówi: „Dałem wam ... przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem” (J 13,15). Ileż pychy i myślenia w kategoriach władzy i rządzenia tkwi w różnych Kościołach i ile panicznego wręcz strachu przed „ryzykiem”, że drugiemu można by coś wybaczyć! A co wtedy, gdy drugi nie pozwala siebie przeprosić?! W ubiegłym roku w jednym z Kościołów chrześcijańskich głosiłem kazanie w Tygodniu Modłów o Jedność Chrześcijan. Tuż przed udaniem się na ambonę ktoś z wiernych podbiegł i szybko wręczył mi kopertę. Jeszcze zdążyłem ją otworzyć i rzucić okiem. Był to apel, ażebym w swoim kazaniu uroczyście przeprosił określonych chrześcijan za wszystkie akty zniewagi i bezeceństwa wyrządzane im w ciągu wieków przez Kościół katolicki. Kartkę podałem siedzącemu obok mnie konfratrowi z Kościoła katolickiego; ten ze zdumieniem wtrącił „Ostatnio ja u nich miałem kazanie i przepraszałem ich”.
Postawa pokory, czyli inaczej służebności to decydujący klucz w spotkaniach rozłączonych chrześcijan. Drugi Sobór Watykański bez ogródek mówi do katolików: „Wierni Kościoła katolickiego... pierwsi powinni wychodzić im (braciom odłączonym) naprzeciw” (DE 4). W roku 1975 pokorny papież Paweł VI, ku zdumieniu a nawet przerażeniu wielu katolików, upadł na kolana przed prawosławnym metropolitą Melitonem z Chalcedonu całując mu stopy. Niesłychany ów gest, w ceremoniale nie przewidziany, wprawił w zakłopotanie całe środowisko papieża. Tego typu pocałunek papieże tradycyjnie rezerwowali bowiem dla siebie.

... poprzez naszą tęsknotę
I wreszcie, zjednoczenie możliwe będzie tylko jako owoc wielkiej tęsknoty i płomiennej modlitwy. My wszyscy i każdy z osobna głęboko cierpieć winniśmy pod ciśnieniem rozszczepienia, a w nieustannych modłach niebiosa wręcz szturmować. Wtedy ekumenia przestaje być utopią i marzeniem nierealnym. Modlitwa uskrzydli naszą fantazję do czynów, które nie rozbiją się o dębowe biurko najbliższej instancji kościelnej.
Rozłam był i jest dziełem ludzi. Jedność natomiast przynieść może tylko Duch Święty. Nie sprowadzi jej jednak bez nas i obok nas - to nie jest Jego styl działania - lecz poprzez nas, gdy na Niego się otworzymy i zadeklarujemy naszą dyspozycyjność. Jednością tą będzie nas darzył i odmierzał ją miarą - naszej miłości do Jezusa Chrystusa, naszej bohaterskiej pokory w usługiwaniu drugim i naszego boleścią wypełnionego utęsknienia za przywróceniem jedności tak fatalnie zerwanej.

Moje słowo pozwolę sobie zakończyć modlitwą o jedność Marcina Lutra:
Wiekuisty, miłosierny Boże,
Ty jesteś Bogiem pokoju,
miłości i jedności, a nie rozdźwięku.
My, ubodzy grzesznicy, prosimy Cię i błagamy,
ażebyś przez Ducha Świętego zechciał
sprowadzić do siebie wszystko, co skłócone,
podzielone połączyć
i uczynić całością, a także nam użyczyć,
byśmy się nawrócili do Twojej jedności,
odstąpili od wszelkiego rozszczepienia,
abyśmy stali się ludźmi jednej myśli, wiedzy i rozumu,
który niech będzie ukierunkowany na Jezusa Chrystusa, naszego Pana,
byśmy Ciebie, naszego Ojca niebiańskiego,
sławili i chwalili jednymi ustami,
przez naszego Pana Jezusa Chrystusa w Duchu Świętym. Amen.

ks. bp Jan Chrapek


Ruchy katolickie a ewangelizacja poprzez środki społecznego przekazu
Fragmenty konferencji ks. bpa Jana Chrapka wygłoszonej na spotkaniu RRK 13.06.1992 r. (tekst mówiony)

Wprowadzenie w zagadnienie
Ruchy są w Kościele rzeczywistością, której nie można pomijać milczeniem. Są rzeczywistością wyrastającą z samej istoty Kościoła i są jego bogactwem. Wydaje się również, że ruchy są jakimś śpiącym olbrzymem. To jest wielka siła, ten śpiący olbrzym, który istnieje w Kościele, a którego siły są tak rozparcelowane. I jest to swego rodzaju społeczny grzech, przynajmniej w tym momencie dziejów naszej Ojczyzny, kiedy tak wielkie wyzwania stoją przed Kościołem i społeczeństwem. Jeśli do tego dołączymy wezwania Europy Wschodniej, jej wielką nostalgię za wartościami religijnymi, to rozparcelowanie sił ruchów i możliwości dawania świadectwa o Chrystusie współczesnemu człowiekowi (czyli ewangelizacji), jest jakimś wielkim grzechem. Nie boję się użyć tego słowa, że jest to grzech, który popełniamy wspólnie. Myślę, że ruchy i Kościół hierarchiczny za mało próbują „wykorzystać” - możliwości, jakie posiadają. „Wykorzystać” ale tu nie chodzi o jakiś narzędziowy sposób wykorzystania ruchów. Należy podjąć wspólne działania, zgodnie z bogactwem charyzmatów. Każdy ruch ma własny charyzmat, który jest wielkim bogactwem Kościoła. I nie wolno zeń rezygnować, podobnie jak z charyzmatów zakonów. Charyzmat zatwierdzony przez Kościół jest znakiem jego bogactwa, znakiem jego wrażliwości. Poszczególne charyzmaty są odpowiedzią na potrzeby Kościoła, a jeszcze inaczej mówiąc, potrzeby odkupieńcze Chrystusa. Chrystus dzięki tym charyzmatom może objawić w sposób widzialny swoje zatroskanie o różne obszary życia, które są jakby „obszarami do odkupienia”.
Podobnie jak każdy z zakonów ma swój własny charyzmat, a razem są one obecne w Kościele i są cząstką tegoż Kościoła i jego bogactwem, tak samo jest z ruchami. Musi być pewna płaszczyzna wspólnego działania z wielkim szacunkiem dla wrażliwości każdego charyzmatu. Mówimy o ruchach kościelnych, a więc tych, które spełniają eklezjalne wymagania. W tym momencie dziejów Kościoła w Europie, a szczególnie w Polsce, ruchy są bardzo potrzebne, bowiem miniony okres spowodował uśpienie wrażliwości ludzi świeckich na odpowiedzialność za Kościół i za społeczeństwo.

Ruchy mają obowiązek wielkiego przebudzenia i wielkiej obecności, zwłaszcza obecności ruchów w środkach społecznego przekazu. Dlaczego?
Na ogół nasza dyskusja nad środkami przekazu, prowadzona przez ludzi Kościoła (nazwijmy to: instytucjonalnego) oraz przez wierzących świeckich, sprowadza się do narzekania, że w środkach przekazu jest za dużo politycznego unarzędziowienia, że niedopuszczane są określone siły, że pojawiają się treści demoralizujące. I w tym względzie jest pewnie dużo prawdy. Mówię „dużo prawdy” i „pewnie” ponieważ, jeżeli to zjawisko widzi się od środka, to wtedy zupełnie inaczej wygląda problem. Bo jeżeli nawet byśmy pragnęli treści, nazwijmy to: poważnych, pogłębionych, to nie ma ludzi, którzy by te treści potrafili przygotować. A więc, problem wygląda inaczej, niż się nam na zewnątrz wydaje.
Środki społecznego przekazu są dziedziną, która mogłaby kształtować wrażliwość, nawet osobowość człowieka.

Paweł VI w encyklice Evangelii Nuntiandi, która dla ruchów jest fundamentalną ze względu na temat ewangelizacji, powiedział: „Kościół byłby winny przed swym Panem, gdyby nie użył tych środków dla celów ewangelizacyjnych”. Są to słowa następcy Piotra, następcy Chrystusa, jak wierzymy i są słowami kluczowymi, jakimś wyzwaniem. Musimy je podjąć, jest to zadanie stojące przede wszystkim przed świeckimi. Zadaniem bowiem księży, duchownych, jest bycie przewodnikami duchowymi, jest bycie mistrzami życia wewnętrznego, wrażliwości wewnętrznej. Oczywiście, można się orientować w różnych dziedzinach, ale to jest podstawowe działanie duchownych. Natomiast działaniem ludzi świeckich jest uczestniczenie, z całą treścią własnych wewnętrznych przekonań wiary, w szeroko pojętych strukturach życia publicznego. A więc także w środkach społecznego przekazu. Stąd też zapewne płynie wybór tematu dzisiejszego spotkania Rady Ruchów Katolickich.
Aby móc wykorzystać środki społecznego przekazu trzeba najpierw zrozumieć ich naturę. Zrozumieć samą naturę środków przekazu. Dlaczego tak mocno to podkreślam? Bowiem często się zdarza, że ludzie dostają do ręki tego typu narzędzie i jakby nieświadomi faktu jego natury, wykorzystują je w ten sposób, że ze względu na swoją treść budzą one jedynie i wyłącznie, pewnego rodzaju odium czy odrzucenie. Na przykład, jeżeli się porówna niektóre czasopisma nawet wydawane przez „porządne” struktury kościelne, są one tak nie dziennikarsko przygotowane, niezgodnie z samą naturą narzędzia, że zamiast stawać się narzędziem ewangelizacji, stają się narzędziem budzącym pewnego rodzaju (przepraszam za słowo) odrazę. Ja mówię o czasopismach, ale to samo można odnieść do wszelkiego rodzaju narzędzi środków przekazu masowego, a więc do radia, do telewizji. Każdy z tych środków ma swoją bardzo specyficzną naturę i dopiero wtedy, kiedy ją odkryjemy, możemy właściwie wykorzystać te środki. To tak, jakby się chciało dany ruch, jego bogactwo wykorzystać w parafii do tego, żeby jego członkowie byli po prostu zakrystianami i sprzątaczkami. Mogą nimi być również, ale przede wszystkim mają oni własny charyzmat: służyć wspólnocie lokalnej, żeby w niej rozbudzić wiarę. Więc trzeba wziąć naturę samego ruchu, istotę tego ruchu, żeby ją dobrze wykorzystać dla celów, nazwijmy to: szeroko pojętego duszpasterstwa.
To samo odnosi się w nieco innych wymiarach - do środków społecznego przekazu. Trzeba jednak zrozumieć ich naturę.

Idźcie i czyńcie sobie ziemię poddaną. To jest nakaz z Księgi Rodzaju. Czynić sobie ziemię poddaną. Ziemia - pojęcie biblijne - obejmuje całą rzeczywistość życia, które nas otacza. „Ziemię” środków przekazu mamy również czynić sobie poddaną, a nie samym być jej poddanymi, niewolnikami. Bardzo wyraźnie Bóg powiedział do pierwszych rodziców i do nas „czyńcie sobie tę ziemię poddaną”, wam, waszej godności osobowej. Idźcie i nauczajcie wszystkie narody, to też jest nakaz, który na nas ciąży. Jak inteligentni byli ludzie średniowiecza, którzy realizując nakaz „idźcie i nauczajcie”, budowali świątynie, które w architekturze do dziś wyznaczają styl romański, gotycki. Posiedli umiejętność wykorzystania całej ówczesnej architektury, malarstwa, sztuki, tego wszystkiego, co było narzędziami do tego, żeby iść i nauczać. Wypracowali szczególny rodzaj malarstwa, tzw. Biblia dla ubogich, która była formą ewangelizacji poprzez ścienne malowidło w kościołach. I wiemy że dla nich, przez wieki właśnie ten rodzaj sztuki był jedyną formą, nazwijmy to, ewangelizacji, wtajemniczania.

Jan Paweł II w Redemptor Hominis bardzo jasno podkreślił to, co jest świadomością Kościoła od dawna: „człowiek jest drogą Kościoła”, I to, co kształtuje człowieka, musi znaleźć się w kręgu zainteresowań, jakby w centralnej opcji myślenia człowieka wierzącego. „Człowiek jest drogą Kościoła”. Więc środki społecznego komunikowania tworzą w jakimś sensie człowieka. Wielu autorów podkreśla tę prawdę, że środki przekazu kształtują osobowość, wrażliwość człowieka. Nie jest przypadkiem, że rzucę tu kilka hasłowych wyzwań, żeby Państwu uświadomić waszą rolę w kształtowaniu wrażliwości i osobowości człowieka, aby podprowadzić pod pewną myśl związaną z zadaniem, które na nas w sposób szczególny ciąży, które jest i wyzwaniem i zobowiązaniem, a niepodjęte - jest grzechem. Jeżeli nie podejmujemy dzieła ewangelizacji, czyli przekazu Chrystusa, grzeszymy, tzn. wzięliśmy całe dobro jedynie dla siebie, jesteśmy egoistami. A to jest grzech.
Dzisiejsze środki komunikacji wykorzystują wzrok i słuch, tworzą zupełnie nową wrażliwość. Jest to wrażliwość bardzo szczególnego postrzegania, to mentalność mozaikowa. Tak jest zbudowana natura przekazu telewizyjnego: kładziemy kamyki poszczególnych sekwencji telewizyjnych czy filmowych, które się układają w mozaikę danego tematu.
Wytwarza się pewna mentalność mozaikowa, postrzeganie mozaikowe i to tworzy ludzi. Przecież młodzi ludzie, dzieci, które żyją w naszym środowisku, są tak kształtowane. Warto sobie z tego zdawać sprawę. My sami jesteśmy „tworzeni”. Dominuje ulotność, która jest związana ze współczesnymi środkami, pewien relatywizm, np. jeżeli coś jest opublikowane w dzienniku, to trwa jeden dzień, w tygodniku - tydzień, stąd inaczej się pisze do dziennika, inaczej do tygodnika.

Człowieka współczesnego tworzą nowe środki komunikacji, dlatego nie możemy być obojętni na tę rzeczywistość. Dlaczego ona tak silnie kształtuje człowieka? Bo człowiek staje się coraz bardziej osobą dzięki poznaniu. Poznając - dojrzewam. Poznanie jest owocem komunikowania. Jakiekolwiek zmiany w sposobie komunikowania zmieniają sposób poznawania, więc kształtują w jakiejś mierze osobowość. A przecież natura każdego środka ma inną formę komunikowania, czyli inaczej kształtuje proces poznania i ma swoje reperkusje.

Środki społecznego przekazu „tworzą” człowieka, tworzą jego środowisko. Stąd też muszą być w naszej perspektywie myślenia jako bardzo ważny element życia. One komunikują albo kłamią, w zależności od sformułowanej struktury przekazu. Dlatego właśnie ta dziedzina, jak już na samym początku wspomniałem, powinna stać się dla ruchów wielkim wyzwaniem. Zwłaszcza dziś i w Polsce, kiedy środki masowego przekazu są zdominowane przez ludzi, którym treści religijne są dalekie, obojętne, bo nie są oni zbratani z tymi treściami. Bardzo często takie treści do nas docierają zmienione nie dlatego, że ktoś chce świadomie i dobrowolnie nas okłamać ale dlatego, że wielu z nich nie umie inaczej przekazywać. Stąd właśnie płynie to wielkie wyzwanie, żeby umieć się włączyć. Trzeba poznać przede wszystkim naturę, język mediów.

Nasz język przekazu religijnego jest językiem skostniałym, ambonowym, mało komunikatywnym, bardzo często moralizatorskim, więc nieadekwatnym do tego wszystkiego, co nazywa się językiem środków przekazu. Pamiętam, że gdy pracowałem w gazecie a potem z filmowcami, najwięcej wysiłku kosztowała mnie, jako księdza, próba wypracowania języka, który byłby językiem komunikatywnym, ale który by jednocześnie odzwierciedlał całą treść. I myślę, że całą treść Ewangelii. W kontekście naszego spotkania chciałbym to mocno podkreślić. Dlaczego? Dlatego, że ruchy przez swych założycieli, przez swoją tradycję wypracowały nowy język a często nawet i teologię. I w ruchach jest pewien nowy język mówienia o sprawach religijnych, powiedziałbym nawet: bardzo adekwatny do rzeczywistości. A więc każdy z ruchów ma jakby w swoim własnym doświadczeniu wypracowanie języka przekazu, który bardziej niż dotychczasowy, kościelny odzwierciedla wartości czy treści teologiczne. W każdym ruchu jest jakaś wrażliwość ukierunkowana na obszar charyzmatycznego działania. W ruchu oazowym cała teologia jest streszczona w swoistym języku, który, często niezrozumiały dla innych, zawiera świadomość przetłumaczenia Ewangelii na to wszystko, co nazywa się współczesną potrzebą językową. Czy, powiedzmy, w Mondo Migliore, w Neokatechumenacie, czy w Comunione e Liberatione, czy w Focolari. Często natomiast ruchy te, mając swój własny język, odzwierciedlający bogatą treść teologiczną czy religijną doświadczeń wiary, wytworzyły pewne getta językowe. Tzn. język ruchu jest zrozumiały dla członków tego ruchu i odzwierciedla bardzo głęboką treść, np. w ruchu Comunione e Liberazione myślą założyciela jest, żeby chrześcijanin „był poetą swego chrześcijańskiego powołania”. To cudowny skrót myślowy, ale dla kogoś z ulicy? Oni się tym delektują i bardzo dobrze. Mnie się bardzo ten skrót myślowy podoba. Być poetą, tzn. umieć w prostych słowach wyrazić głębię doświadczenia, być bardzo wrażliwym i twórczym. Tylko że tego typu języki są niezrozumiałe dla kogoś z zewnątrz. Bardzo trudno potem dotrzeć ludziom do całego bogactwa duchowego danego ruchu, bo utrudnia to język.
Potrzebny jest kolejny etap, by dotrzeć z tym bogactwem do innych, potrzeba znaleźć język (nazwijmy to brzydko) ulicy, tzn. taki język, którym mówią ludzie na co dzień. Bardzo często dzieje się tak, że czasopisma czy programy radiowe albo telewizyjne o ruchach są cudowne, tylko że przeciętny człowiek, gdy przed ekranem telewizyjnym usłyszy: „światło musi być w moim doświadczeniu życiem, bo tylko wtedy ja stanę się nowym człowiekiem i potrafię utworzyć nową wspólnotę, która przekształci świat w nową kulturę”, odczytuje on to wszystko jako nowy, mętny slogan.

Możliwości zaangażowania się ruchów w środki społecznego przekazu

1. Szerzenie czytelnictwa prasy katolickiej oraz jej kolportaż.
Sprawą, która objawiła się w sposób niezwykle dramatyczny w roku 1989 jest problem popularyzacji czytelnictwa. Wcześniej w dokumentach kościelnych w Polsce pisaliśmy, że nie mamy pozwolenia na zwiększoną ilość, np. nakładu czasopism, nie możemy być obecni w radiu, bardzo trudno nam być obecnym w telewizji, jesteśmy dyskryminowani. I okazało się, że w 1989 roku, kiedy otrzymaliśmy wszelkie możliwości działania, katastrofalnie spadła ilość czasopism kościelnych ze względu na spadek czytelnictwa religijnego.
Jeśli wobec nowej kultury, która do nas, do naszych domów wchodzi poprzez ciągle brzęczące radio, ciągle otwarty telewizor, który nas kusi potoczystością obrazu, nie będzie współgrało czytelnictwo, to będzie dokonywać się degradacja osobowa i kulturowa.
Potrzebą chwili staje się apostolstwo na rzecz czytelnictwa dobrej książki czy dobrej prasy religijnej. We Włoszech przedstawiciele ruchów sprzedają dobrą prasę i w każdym mieście konkretna wspólnota dostaje egzemplarze prasy, książki religijnej i sprzedaje je w niedzielę przed kościołem czy na ulicach. To jest apostolstwo. Przy tej okazji, kiedy sprzedawana jest gazeta, jest możliwość rozmowy. Czasem jest to możliwość rozmowy o moim doświadczeniu, bo ktoś mówi: dlaczego taka młoda jesteś, a sprzedajesz tę „pornografię” katolicką? A ty mówisz: Pani, to przecież jest bardzo interesujące, niech Pani przeczyta ten wywiad. I jest możliwość apostolstwa. To jest narzędzie. Ale z tym wiąże się jeszcze coś innego. Jeżeli ktoś daje 5 tys. zł na Nie, to znaczy płaci na to, żeby pan Urban i jego grupa mogły dalej działać, bo za to oni się utrzymują. I odwrotnie, każda złotówka dana na prasę katolicką jest jednocześnie inwestowaniem w ludzi, którzy swoją wrażliwością artystyczną, dziennikarską będą potem wypracowywali nowy język religijny. Bo przecież ludzie muszą z czegoś żyć. Jeżeli najmujemy reżyserów, jeżeli będziemy chcieli nająć dziennikarzy, to trzeba im zapłacić. Ale można płacić np. pieniędzmi uzyskanymi przez dobrą dystrybucję, rozpowszechnianie, dzięki czemu czasopisma się jakoś utrzymają. I w ten sposób stworzymy swoisty mecenat, którego w Polsce nie ma, i trzeba pismo albo dotować, albo zamykać.
Tak więc pierwszy poziom obecności ruchów w środkach masowego przekazu to rozbudzać czytelnictwo, tworzyć dystrybucję środków przekazu, kolportaż dobrej prasy, dobrej książki, dobrych filmów, dobrych kaset. Dla przykładu obserwowałem we Francji, we Włoszech częste zjawisko, że ludzie darują swoim przyjaciołom z okazji Bożego Narodzenia czy Nowego Roku abonament dobrej gazety. Ktoś, kto jest bogatszy abonuje swojemu znajomemu np. Przegląd Powszechny - to także jest forma obecności ruchów w środkach przekazu. I to jest ten pierwszy poziom obecności, który w tym momencie jest moim zdaniem najważniejszy, bo jeśli nie rozbudzimy czytelnictwa religijnego, czytelnictwa dobrej książki, dobrych czasopism, to nawet gdybyśmy mogli wydawać czasopismo w nakładzie kilkuset tysięcy, gdyż pojawiły się takie możliwości, to co z tego, kiedy będzie ono leżeć w kioskach z braku czytelników.
Tak więc ważnym wyzwaniem apostolskim stojącym przed Kościołem, zwłaszcza przed ruchami, jest rozbudzanie wrażliwości czytelniczej oraz kolportaż prasy religijnej. Czy wolno nam nie dostrzegać tego wyzwania?

2. Zaangażowanie w tworzenie już istniejących środków masowego przekazu wypracowując język komunikacji religijnej.
Drugi, już nieco wyższy poziom obecności, to próba wchodzenia do środków przekazu i kształtowania ich od wewnątrz. Możemy sobie krzyczeć pod Radiokomitetem, możemy wywieszać największe transparenty, dopóki nie będziemy wchodzić w tworzenie środków społecznego przekazu niewiele zrobimy. Co to znaczy wchodzić?
Znaczy to studiować problematykę tych środków, następnie umieć tłumaczyć treści, które głęboko przeżyliśmy, na język mediów - to jest wielkie zadanie, które stoi przed ruchami. Przed ruchami, ponieważ ludzie z ruchów posiadają dar większej wrażliwości religijnej.  
Jeśli chcę coś komuś zakomunikować, muszę to najpierw przeżyć, a cała istota ruchu polega na przeżyciu. A więc jesteście pierwszymi, którzy mają prawo, obowiązek to robić. Bo dopóki znam sprawę tylko teoretycznie, to jeżeli nawet przełożę daną teorię na inny język, jest to drewniane, koślawe i niekomunikatywne. Natomiast jeśli jestem o czymś wewnętrznie do końca przekonany, to znajdę sposób, żeby moje przesłanie uczynić przekonującym, komunikatywnym. A istotą każdego ruchu jest doświadczenie, przeżycie jakichś prawd. To Bóg dał łaskę każdemu z was i dlatego ludzie ruchów, ludzie świeccy są bez obciążeń moralizatorsko-ambonowych, które nam grożą.
Jak genialni byli ludzie, którzy malowali „Biblię ubogich”. Przetłumaczyli na język obrazu całą wielką teologię! Dante przetłumaczył treść teologiczną, biblijną na język poezji. I dzięki temu stał się ewangelizatorem. I wyobraźmy sobie kulturę europejską bez jego dzieła.
Wypracowywać język, który by umiał bogate treści religijne przekazać współczesnemu człowiekowi. To byłby też wielki dar dla Kościoła hierarchicznego, dla nas. Jeżeli my, księża, przed każdym wejściem na ambonę przeczytamy dobry artykuł religijny, to się uczymy tego języka. A tak jesteśmy skazani na „kalkowanie”.

3. Tworzenie opinii publicznej.
Opinia publiczna to ogromna siła, której nie doceniamy. My jej nie umiemy tworzyć, my jej ulegamy. Ulegamy opinii, która funkcjonuje wokół nas, a która jest budowana na określoną sytuację, przez określonych ludzi, dla określonych celów, nie zawsze dobrych dla człowieka i społeczeństwa, a my na to nie reagujemy.
Jest nas pół miliona ludzi odpowiednich, których jednak nie słychać, bo śpią we własnych „chałupach” wspólnotowych adoracji. Trzeba uczyć się tworzyć opinię publiczną. Możemy dobrze się czuć w naszych kokonach, ale wokół nas toczy się twarda walka o dusze, my zaś się cieszymy lub płaczemy nad tym, że na nas plują, a nic nie robimy, żeby nasz głos był słyszany.

4. Tworzenie małych mediów.
Zaliczamy tu kasety audio, z dobrymi programami, może je każdy zrobić i nie wymaga to żadnego dużego nakładu sił czy finansów. Powstaje szereg stacji radia lokalnego, wzrasta zapotrzebowanie na dobre programy i albo będą tam nudne, gadające głowy, czyli zmarnowana szansa, albo ruchy zaczną przygotowywać dobre kasety audio dla poszczególnych stacji radiowych lokalnych. Dobre programy mogą być rozprowadzone we wszystkich radiostacjach. Nie mamy dostępu do programu 1 Polskiego Radia, ale mając dostęp do 15 radiostacji lokalnych, docieramy do wielkiego grona odbiorców.
Jest to wielka możliwość i ruchy mogą w tym wiele dopomóc, jest dużo ludzi niezwykle wrażliwych w poszczególnych wspólnotach. Stworzyć im tego typu warsztaty, oprócz medytacji cotygodniowych postawić zadanie: róbmy takie rzeczy. Bo to jest możliwość, która się nagle pojawiła, i która w najbliższych tygodniach zaistnieje w polskim Kościele: diecezjalne radia lokalne. Jest wielka możliwość. Czy jej nie zmarnujemy?


O pracy Rady Ruchów Katolickich - O. Adam Schulz SJ, RRK

Rada Ruchów Katolickich powstała 5 czerwca 1990 roku. Mija więc pewien czas od jej powołania. Myślę, że warto pokusić się o kilka słów refleksji o RRK i jej działalności. Nie będzie to jednak sprawozdanie z naszej pracy.
Jako główny cel Rady postawiliśmy sobie promowanie obecności ruchów i stowarzyszeń w Polsce. Wśród celów szczegółowych wymienialiśmy m.in.:
- dawanie świadectwa ewangelicznej jedności ruchów w Kościele,
- wzajemne wspieranie Ruchów w drodze do świętości, do życia ich charyzmatem, pracy apostolskiej.
Myślę, że po tych dwóch i pół latach naszego działania można powiedzieć, że ruchy stają się coraz bardziej widoczne w Kościele i społeczeństwie. Ich charyzmaty i zaangażowania teraz dopiero mogą się w pełni rozwijać. Dzieje się to z jednej strony dzięki powolnej zmianie sytuacji społecznej i politycznej w Polsce, a z drugiej strony zmienił się klimat wobec ruchów wśród Episkopatu i w innych obszarach życia Kościoła.
Wspomnieć należy także o tym, że utworzenie RRK umożliwiło sporej części ruchów bycie bardziej widzialnymi w Kościele.
W tym miejscu pragnę przytoczyć słowa Ojca Świętego, wypowiedziane w przemówieniu do biskupów polskich z okazji wizyty „ad limina Apostolorum” (Rzym 12.01.93): „Niezastąpionym środkiem formacji apostolskiej świeckich są organizacje, stowarzyszenia i ruchy katolickie. Wszystkie wyżej wymienione formy organizacji i ruchów katolickich, dzięki właściwym sobie charyzmatom, wyzwalają - ukryte nieraz duchowe bogactwo ludzi świeckich, ich głębokie pragnienie świętości, godną podziwu ofiarność i poświęcenie dla sprawy Chrystusa i Kościoła. Dzisiaj można mówić o „nowej epoce zrzeszeń” w Kościele. Jest to nowy powiew Ducha Świętego w naszych czasach, na który trzeba się z wdzięcznością i nadzieją szeroko otworzyć.”
W ciągu ponad dwóch lat swego istnienia Rada Ruchów promowała i wspierała różne inicjatywy Kościoła jak:
1. Refleksję i działania podejmujące promowanie Nowej Ewangelizacji, w aktualnej sytuacji społeczeństwa i Kościoła, poprzez:
- zorganizowanie kilku spotkań na temat Nowej Ewangelizacji dla odpowiedzialnych za jej prowadzenie w poszczególnych ruchach,
- promowanie działań ewangelizacyjnych prowadzonych przez jeden lub kilka ruchów, np. Marsz dla Jezusa, ewangelizacje podczas spotkania młodzieży w Częstochowie.

2. Podkreślenie roli i znaczenia młodzieży w Kościele, poprzez:
- wspieranie zaangażowania poszczególnych ruchów w Spotkanie Młodzieży z Ojcem Świętym w 1991 roku w Częstochowie,
- współorganizowanie z Komisją Episkopatu do Spraw Młodzieży I Forum Polskiej Młodzieży Katolickiej w Częstochowie w 1992 roku.

3. Włączenie się ruchów w II Polski Synod Plenarny przez:
- popularyzację idei Synodu,
- opracowanie koncepcji i podjęcie prac Synodalnych w Ruchach,
- promowanie zaangażowania się członków Ruchów w prace synodalne m.in. tworzenie zespołów synodalnych w parafiach,
- współpracę z Sekretariatem Generalnym Synodu.

4. Praca na rzecz rodziny m. in. poprzez:
- wyrażenie stanowiska RRK w czasie debaty nad ustawą o życiu (list do Sejmu)

5. Wykorzystanie środków społecznego przekazu dla celów ewangelizacji oraz stosowania ich w formacji i pracy ruchów:
- odczytywanie sposobów wykorzystania przez ruchy środków społecznego przekazu dla celów ewangelizacji (myślę tu o propozycjach przedstawionych przez bp Chrapka oraz w trakcie naszej dyskusji na spotkaniu w czerwcu 92),
- zorganizowanie spotkanie dla osób zajmujących się mass-mediami 17.10.92,
- przygotowanie programu szkolenia członków Ruchów, którzy zajmują się prasą w ruchach, wspólnie z bp Chrapkiem i OCIPE, oraz liczne zaangażowanie się członków ruchów w jego realizację,
- zdynamizowanie prezentacji ruchów w środkach masowego przekazu w roku ubiegłym (wiele miesięczników, tygodników, dzienników zaczęło mówić o ruchach - na razie prezentując ich podstawowe cele i zadania),
- prezentacja ruchów w audycjach Redakcji Programów Katolickich TVP,

6. Ważnym zadaniem jest stałe informowanie różnorodnych osób, instytucji, szukających informacji o ruchach ogólnie lub ukazywanie możliwości nawiązania kontaktów z poszczególnymi ruchami, poprzez:
- pracę Sekretariatu RRK,
- wydawanie biuletynu RRK,
- ukazanie konieczność oraz zachęta do powołania rzecznika prasowego danego Ruchu, celem usprawnienia przepływu informacji o pracy ruchów.

7. Pogłębianie więzi z hierarchią (Episkopatem) poprzez:
- informowanie o działalności ruchów poprzez biuletyn oraz udział członków RRK i Sekretariatu RRK w różnorodnych spotkaniach,
- informowanie liderów ruchów o ważniejszych działaniach Kościoła,
- zapraszanie biskupów na nasze spotkania liderów ruchów,
- zorganizowanie spotkania z Nuncjuszem Apostolskim,
- współpraca poprzez naszego Asystenta Kościelnego - ks. bpa Samsela,
- włączanie się (oficjalnie i nieformalnie) ruchów poprzez RRK we współpracę z komisjami Episkopatu np. do spraw młodzieży.

8. Zainicjowanie wspólnie z redakcją LIST-u Krucjaty Modlitwy w Intencji Ojczyzny, w którą imiennie włączyło się ok. 5 tys. osób oraz wiele grup.

Pod koniec tego krótkiego resume o naszej pracy pragnę przytoczyć słowa abpa Józefa Kowalczyka - Nuncjusza Apostolskiego w Polsce, które skierował do nas na poprzednim spotkaniu w czasie homilii: „Powszechność Kościoła oznacza z jednej strony podstawową jedność, a z drugiej strony wielość i zróżnicowanie, które nie przeszkadzają jedności, ale nadają jej charakter komunii. Wielość ta odnosi się do różnorodności posług, charyzmatów, form życia i apostolatu. W tym kontekście akcent dzisiejszego spotkania spoczywa nie na poszczególnych ruchach, lecz na waszym zjednoczonym wysiłku, wyrażonym przynależnością do Rady Ruchów. ...Dziś chcę podkreślić wagę tej inicjatywy i struktury, jaką jest Rada Ruchów Katolickich. Chcę Was zapewnić, że Wasze działania leżą w sercu troski Kościoła i głęboko odpowiadają promocji jedności, która nie przeszkadza różnorodności, ale ją ubogaca.” (Abp Józef Kowalczyk, Nuncjusz Apostolski, 7.11.92)   


Propozycja zwołania Kongresu Ruchów Katolickich

Wstępna propozycja została przedstawiona na Spotkaniu RRK w styczniu 93 i spotkała się z przychylną opinią. Wszyscy obecni liderzy ją poparli. Na spotkaniu RRK w dniu 5 czerwca br. zaprezentowany będzie szczegółowy program, propozycje rozwiązań organizacyjnych oraz podjęte zostaną ostateczne decyzje.

I. Cele Kongresu:
1. Aktywne włączenie się ruchów w prace II Synodu Plenarnego.
2. Ukazanie roli ruchów katolickich w życiu Kościoła oraz społeczeństwa w Polsce.
3. Danie świadectwa jedności ruchów katolickich.
4. Rozpoznanie inspiracji do dalszej pracy ruchów katolickich.
5. Uczczenie św. Andrzeja Boboli - patrona jedności i moderatora ruchów.
6. Ewangelizacja przez Kongres.

II. Miejsce i termin: Warszawa, czerwiec 1994

III. Kongres byłby procesem składającym się z trzech etapów:

1 etap - przygotowanie Kongresu w poszczególnych ruchach - podjęcie przez poszczególne ruchy refleksji nad rolą ruchów w życiu Kościoła oraz społeczeństwa. Włączenie większej grupy ludzi w prace przygotowujące kongres zarówno na poziomie danego ruchu jak, i w przygotowaniach samego Kongresu. Zaproponowanie rozpoczęcia modlitwy w intencji większego zaangażowania się katolików w życie Kościoła i społeczeństwa (może wykorzystać Krucjatę do tej inicjatywy)

2 etap - sam Kongres jako miejsce dzielenia się, refleksji, rozeznania - celem opracowania dokumentu synodalnego przez ruchy. Ten etap składałby się z dwóch części:
- pierwszej przeznaczonej dla delegatów poszczególnych ruchów, stowarzyszeń, organizacji katolickich oraz zaproszonych gości (ok. 450 osób),
- drugiej dla większej grupy przedstawicieli ruchów, będący zebraniem dotychczasowych prac wraz z uroczystą Eucharystią (ok. 2000 osób).

3 etap - przeniesienie doświadczenia Kongresu do diecezji, parafii poprzez ruchy.


Inspiracje

Chrześcijański kształt patriotyzmu

Wstęp

Ożywienie postaw patriotycznych i poczucia świadomości narodowej, które obserwujemy w Polsce w ostatnich latach jest zjawiskiem bardzo pozytywnym. Miłość ojczyzny, umiłowanie rodzimej kultury i tradycji nie dotyczy bowiem wyłącznie przeszłości, ale ściśle się wiąże z naszą dzisiejszą zdolnością do ofiarnego i solidarnego budowania wspólnego dobra.

Papież Franciszek na Wawelu, 27.07.2016

Panie Prezydencie, Czcigodni przedstawiciele władz,
Szanowni Członkowie Korpusu Dyplomatycznego,
Wasze Magnificencje, Szanowni Państwo,

Pozdrawiam z szacunkiem Pana Prezydenta i dziękuję mu za wielkoduszne przyjęcie oraz uprzejme słowa. Z radością pozdrawiam dostojnych członków Rządu i Parlamentu,

 Rolą duchownego nie jest mówienie świeckim, co mają mówić i robić w życiu publicznym - wskazał papież Franciszek w liście do kard. Marca Ouelleta, przewodniczącego Papieskiej Komisji ds. Ameryki Łacińskiej. Zawiera on papieskie refleksje po marcowym zgromadzeniu plenarnym Komisji, poświęconym „niezbędnemu zaangażowaniu wiernych świeckich w życie publicznym państw latynoamerykańskich".